Przeraźliwie źle, że tak to określę. Rozmyślałem cały dzień i biłem z myślami, czy coś nabazgrać, lecz chyba nie mam wewnętrznego wyboru. Trzeba wylać te myśli, bo zniszczą człowieka. Może tak przelećmy film od początku do końca punktując błędy i już informuję, od teraz będą pojawiały się spojlery w ilościach hurtowych, bo to nie jest recenzja, to tekst krytyczny i nie unikam odpowiedzialności z powodu poinformowania ludzi o danej sprawie. Premiera 18.12.2015 była, więc już koniec ukrywania i tajemnicy. Niech Moc Nas prowadzi.
Opiszę podstawę dla łatwiejszego zrozumienia dalszego tekstu i rozważań, bo po co owijać w bawełnę i unikać prawdy? Zarzućmy początkowe informacje o Gwiezdne Wojny VII Przebudzenie Mocy [Star Wars VII The Force Awakens]: Mamy dzieło mające się dziać trzydzieści lat po Powrocie Jedi [Return of the Jedi]. Luke Skywalker zniknął i wszyscy go szukają. W szczególności księżniczka Leia Organa, teraz generał. Walka po upadku Imperium dalej się toczy, bo z jej zgliszczy wyrósł nowy twór Najwyższy Porządek (NP.) [First Order] i walczy z Ruchem Oporu (RO.) [The Resistance]. Koniec początkowych informacji o filmie. Tak. Nic więcej. Kto? Z kim? Po co? Dlaczego? Brak odpowiedzi, bo początek jest nad wyraz krótki i od razu wrzuca w akcję.
Sam począteczek to, to co tygrysy lubią najbardziej. Pojawia się niszczyciel, ale inaczej. Bardzo interesująco, bo jakby wyłania się będąc czarnym na tle jasnej planety. Doskonale. Zaczynamy brawurowym atakiem NP. na jakąś planetę, Jakku, i jest świetnie. Atakujemy od razu, jak w Nowej nadziei [New Hope].
Poznajemy asa RO. pilota Poe’a Damerona, który uzyskuje od jakiegoś starego, najpewniej alderiańskiego, żołnierza lub obywatela plik z mapą do kryjówki Luke’a Skywalkera. Dobrze. Historia zaciekawia, nie wiemy co się dokładnie dzieje, lecz to dopiero początek filmu. Nagle następuje atak nieprzyjaciół. Nowi szturmowcy dobrze sobie radzą. Nawet zatrzymują myśliwiec Poe’a zanim wystartuje, brawo dla nich. Radzą sobie ze zgrają ludzików na pustynnej planecie, lecz członek RO. ukrywa się i czeka. Wtedy też do razu rozpoznajemy, który szturmowiec zdradzi, wiemy to z trailerów. Barki transportowe, super, podobają mi się. W ogóle design nowych konstruktów tego dzieła przypadł mi do gustu, oprócz uśmiechniętych hełmów… Myszka Miki przybywa… Bójmy się. Jednak na początku tego aż tak widać nie było. Chodźmy dalej.
Szturmowcom udaje się schwytać ludzi w wiosce i wtedy przybywa główny zły w swoim ekskluzywnym statku – Kylo Ren. I tutaj pojawiają się kolejne odniesienia do Nowej Nadziei, które nieprzerwanie będą się pojawiać w ilościach hurtowych. Mamy droida, który ma pliki i ucieka na pustynnej planecie, zły przybywa jakby już po napaści i stara się dowiedzieć co zrobiono z planami, zabija przesłuchiwanego… potem dobry człowiek atakuje złych. W tym przypadku as strzela ze swojego super karabinu snajperskiego, tak mi się wydaje, i pocisk zostaje zatrzymany w miejscu. Tu pojawia się nadzieja tego filmu. Wszyscy chyba pokochali właśnie tę scenę. Moc może tak wiele, a nie tylko odpychać lub dusić i wyciągać lub mieszać w umysłach. Doskonale. Łapią pilota i zabierają na swój statek. Szturmowcy robią masakrę w wiosce zabijając wszystkich złapanych.
Dobra. Film na razie idzie w dobrą stronę. Widać nawiązania, ale nie nachalne. Lekkie. Na początku niezauważalne. Nieźle się kręci. Pojawia się nasza wspaniała pierwszoplanowa rola kobieca w Przebudzeniu Mocy Rey, która ma pociągnąć to historię. Tak się wydaje. Mieszka sobie na Jakku i mamy ukazane jej trudne życie. Dobrze. Niech będzie kolejne nawiązanie. Ok. Przeżyję. Idźmy dalej, dalej.
Mamy Kylo, który używając Mocy wyciąga informacje od pilota i wysyła oddziały, aby odnalazły uciekającego droida. No to nasz rycerz Ren jest silny. To jeszcze ujdzie. Nawet ucieczka [brawurowa, bo przecież robiona przez czyściciela basenu z wypranym i zindoktrynowanym umysłem i świetnego asa, który przed chwilą przeżył najtrudniejsze lata swojego życia – sądzę, że cierpienie zadane przez Kylo nie było jakieś idiotyczne, niczym łaskotki] może przejść. Na siłę, bo przecież muszą przeżyć.
Udaje im się uciec na Jakku, ale się rozbijają. Nowy wygląd TIE jest ciekawy i nawet ładny. Na dodatek ma rakiety, a i nie roztrzaskuje się po strzela z ciężkiego karabinu blasterowego. Dobra Robota NP.
Od teraz pojawia się na głównej scenie Finn i mamy zlot w dół. Nadzieja bywa złudna. Odnajduje Rey, która jest prostym zbieraczem złomu i razem uciekają przed Imperium… Przepraszam, pomyłka. Nowym Porządkiem.
Tutaj pojawia się to co wzbudziło moje najgorsze obawy i spowodowało, że film Gwiezdne Wojny VII Przebudzenie Mocy to nie film wybitny, ani dobry, średni… możliwe.
Sokół Millenium został stracony przez Hana Solo, co wzbudza złe przeczucia, i nagle odnajduje się Solo z Chewbaccą. Zajmują się przewozem niebezpiecznych potworów… Tu film po prostu stracił każdy cal radości. Po prostu dalej mogło być tylko gorzej. I było.
Mamy bezsensownie infantylne żarciki dotyczące strzelania z kuszy, bo Han nigdy jej nie używał… JASNE! Był szmuglerem i przemytnikiem i nigdy nie zechciał strzelić z kuszy wookiech… Nigdy drugi pilot Sokoła nie został ranny. Mam w to uwierzyć? Chyba chcą mnie oszukać, ale w tak oczywisty sposób, że za bardzo to widzę. Niczym Hiszpańska Inkwizycja przerazić, bo jej się przecież nikt nie spodziewa…
Dalej przeraźliwie głupie spotkanie na jakiejś planecie u dziwnego stworka, trochę kantyna Mos Eisley, a ci tajni agenci… No gorszego sposobu głupiego przedstawienia pseudowojny się nie dało pokazać. Agenci, którzy nie wiedzą o swoim istnieniu, ale są w jednym miejscu… Przypadek?
Ponad to nagłe ukazanie się miecz świetlnego Luke’a… Hmm… Nowa Nadzieja i użycie miecza świetlnego przez Obi-wana? Nagła wizja z dupy… Przebudzenie Mocy? Możliwe. Jednak, czy ten miecz może przenosić wspomnienia? Czemu Luke’a nie doznał OGROMENJ wizji dotyczącej Swojego Ojca? Dartha Vadera? Może śmierć padawanów? Wielka Wojna? Nic. Pomysł z kosmosu… z nikąd, że tak lepiej to ujmę. To co to jest? Artefakt jasnej/ciemnej strony Mocy? Czy coś innego. Niespodziewana wizja o przeszłości lub przyszłości i mamy jakieś przebłyski czegoś. A właśnie, zapomniałem dodać, że Han mówi, podczas pierwszego spotkania, o Luke’u, który założył „Akademię” i chciał szkolić nowych rycerzy. Jednak najlepszy Kylo Ren (ciekawe, że zaczerpnięte z EU [Expanded Universe]) przechodzi na Ciemną Stronę, jak?, kiedy?, gdzie?, i zaszywa się gdzieś. Odlatuje. Nie zajmuje się upadłym uczniem, ani Snookiem, który nagle się pojawia. Nie uwierzę, że Skywalker o tym nie wiem, bo to byłoby bez sensu. Jakoś uczeń musiał na złą stronę przejść? Chyba od tak tego nie zrobił? A nawet jeśli, to znając Luke’a z Powrotu Jedi to nie dopuściłby do śmierci bliskich mu osób i starałby się ponownie przeciągnąć na jasną stronę Bena Solo, czyli syna Hana i Lei. O tutaj się pojawia kolejny odnośnik do EU. Ciekawe… Nie wolno zapominać, że Han nie znał starego Bena za bardzo, a Leia znała go jedynie z opowieści przybranego Ojca – senatora Baila Organy. Więc jedynym sensownym wyjaśnieniem… Nie ma go! Po prostu to głupie wyciągnięcie imienia od kogoś z Expanded Universe – syna Luke’a Skywalkera – i włożenia w rodzinę Solo. Jakby Kylo nazywał się Anakin, to wtedy dostałby punkty za chęć stania się dziadkiem Anakinem Skywalkerem alias Darthem Vaderem, a tak zyskujemy marną imitację pseudo Sitha, który bynajmniej nim nie jest. Nawet prawnie… Zabawne, nie?
Wróćmy jednak do fabuły, po wizji i bezsensownej ucieczce Rey przed przeznaczeniem, przybywa Najwyższy Porządek z całą armadą i Ruchu Oporu, Le’Résistance, w myśliwcach… Naprawdę nie mają żadnych sił naziemnych? Tylko X-wingi? Trochę słabo. Jednak nie martwmy się przecież pojawia się walka Finna z mieczem świetlnym – nr I. Daje radę, bo przecież przeszedł jakieś szkolenie w walce. Była choreografowana i dobrze, bo wygląda nieźle. Ratuje go Han Yolo i prawidłowo. Jednak Kylo Renowi udaje się schwytać Rey i uciec z planety.
Spotykamy Leie i Hana razem, a potem to jest coraz gorzej. Naprawdę mam uwierzyć, że niedoświadczony zbieracz złomu (Rey w tym wypadku) potrafi korzystać z Mocy od tak się uczy samoistnie? Z każdą sekundą staje się groźniejsza? Rozumiem, że jedi mind trick nauczyła się od Kylo Rena… Co nie? Jednak późniejsze jej działania wychodzą poza normalność. Jak staje się groźniejsza? Nigdy od kogo się uczy? Samoistnie wchłania wiedze z wszechświata. A potem walczy z uczniem Luke’a… Uczniem! Najlepszym!
Jednak nie idźmy aż tak szybko. Ostateczna walka dzieje się na planecie, a dokładniej bazie Starkiller… Nawiązanie do Powrotu Jedi i EU, a ponad to do Gwiazdy Śmierci… Potomkowie Imperium, jak i ono samo wolno się uczą.Więc robią dokładnie taki sam rów, ale teraz turbolasery niszczą jednym strzałem X-winga. Hurej! Może wreszcie działo, to działo, a nie głupie nic. Dobra. Walka mogła być. Niech będzie, że nawiązanie do Nowej Nadziei, aby się nie pluli „starzy fani”. Dobra. Rozumiem. Prosto i swojsko. Niech będzie, jak chłopcy z pustyni, tak i dziewczynka. Ok! Jednak scena Han Yolo, przepraszam, Solo i Kylo Ren, czyli Ben Solo, to po prostu majstersztyk niewykorzystanego potencjału… Zamiast uwolnić się od Hana przez Bena, ten go zabił i to w sposób bynajmniej niehonorowy lub zimny, lecz przypadkowy, jakby z chwilowego pomysłu i strachu… Bardzo słabego strachu. Tak umiera więc Han Yolo, spadając z wysokości niczym Luke w Imperium Kontratakuje. Żałosne. Ta śmierć nie była dobra.
A potem tylko gorzej. Jak już pisałem. Walka eskadr RO. z NP. może być, ale ostateczna walka wymaga kolejnego akapitu.
Jak wiemy Kylo dostaje z kuszy wookich, który wywala przeciwnika w górę i zabija na miejscu. Przeżywa… Zatrzymał blaster w powietrzu, może się jakoś dodatkowo ochronił… Mamy walkę mistrza rycerzy Ren z Finnem, byłym szturmowcem, i dobrze, że ten daje mu choć chwilę radę i coś mu tam zadaje. Ale nie ma szans z kimś kto ma po pierwsze Moc, a po drugie nie walczy tym ostrzem 2 raz w życiu. Wtedy, gdy Finn dostaje w dupę od Kylo, przybywa Rey. Walczy mieczem świetlnym i to średnio jej wychodzi. Chociaż ten rycerz zbyt lepiej nie macha nim, cep vs cep. Niezbyt piękne. Emocjonalne? Raczej takie fast and furious. Dochodzi do klinczu i wtedy rycerz Ren popełnia błąd zbyt wielu Sithów. Mówi, że ona potrzebuje mistrza Mocy. A wtedy Rey uzyskuje handicape’a, bo przypomina jej się, że ktoś coś mówił o Mocy i uspokojeniu i NAGLE walczy niczym Luke Skywalker, po szkoleniu u Yody i Obi-wana, vs Darth Vader na Gwieździe Śmierci II. Nawala tym mieczem, dalej jak cepem, ale Kylo przegrywa. A potem dostaje od niej kopniaka i ziemia się rozstępuje. Rycerz przegrywa z nieuczoną w niczym gówniarą… Jasne, nawet ranny powinien ją pokonać. Dalej mamy przybycie Chewbacci na ratunek Finnowi i Rey i odlatują Sokołem Millenium.
Przypadkowe obudzenie się ze śpiączki R2-D2 i odkrycie dalszej części mapy do Kryjówki Luke’a… Co ciekawe, Imperium miało jej fragment, a sprawdzenie jednego głupiego układu, nawet kilku, jak się ma forsę na 2 Gwiazdę Śmierci, nie powinno być problemem. Vader szukał Luke’a i wysyłał tysiące sond i było dobrze, a teraz… Jeden układ, a nie galaktyka… Po prostu głupie szukanie problemu.
Jednak ostatnia scena filmu i odnalezienie Luke Skywalkera i ten dziwny uśmieszek, a na dodatek najazdy kamery…
Nie. Nie. Nie! Nie na to czekałem 30 lat. Oj nie. Zniszczone Dzieciństwo. Moje Legacy na zawsze ze mną zostanie i Legends, nie oddam im tego. Słyszysz Disney. Nigdy!
Jednak Gwiezdne Wojny to Gwiezdne Wojny… Smutne, lecz prawdziwe.
Niech Moc zostanie ze mną i z Wami czytelnikami. Niech Wybraniec poprawi to coś, bo jest źle. Dawno, dawno w odległej galaktyce się nam chwieje i to mocno. Niczym Luke trafiany meblami w Imperium Kontratakuje.
Pewnie znajdzie się więcej błędów, ale muzyka była w miarę dobra. Nie świetny, taka jedynie profesjonalna.
Dziękuję za uwagę.