Od autora:
To na razie koniec, lecz może on dalej się rozrosnąć.
Roy
Mustang przebył drogę bardzo szybko. Złożył wizytę pomieszczeniu z Rizą – była cała i zdrowa, lecz
nadal nieprzytomna. Poradził mężczyźnie, by postarał się pomóc wszystkim i
wyprowadzić ich do pomieszczenia z kolumnami, tam mają zaczekać przy dziurze w
suficie.
Sam ruszył
nie tracąc chwil na zbędne rozmowy i spojrzenia. Wymaszerował trzymając już w
dłoni pistolet i latarkę. Przeszedł obok skrzyżowania i skierował się dalej. Oglądał
ściany i wyszukiwał czegokolwiek. Najmniejszych błędów lub nałożonych na siebie
płytek – użycia Alchemii, lecz mógł ktoś to doskonale ukryć, byli i tacy zdolni
użytkownicy tej nauki.
Natrafił po
piętnastominutowym marszu na ścianę z kamienia. Litą ścianę, nie z cegły. To
natychmiast nakierowało jego myśli i skojarzenia. Zwykły człowiek mógłby uznać,
że po prostu do tego miejsca wybudowano ceglane ściany, lecz nie weteran.
Schował pistolet i latarkę. Skupił się i klasnął dłońmi, a potem przyłożył je do
litej ściany. Błysnęła oślepiająca jasność od błękitnych wyładowań, które
objęły całą ścianę. Zajaśniało znowu i twardy kamień zaczął wprasowywać się w
boczne ściany niczym otwierające się drzwi. Po chwili nie zostało po nich nic,
oprócz małych prostokącików przy suficie, po środku – metrowa kreska. Nic
więcej, łatwa do przeoczenia i prawdopodobnie uznana by była za zwykłe
rozczepienie się cegieł. Alchemik o dużych zdolnościach mógł naprawdę wiele.
Bez zbytnich
trudności dostał się do pomieszczenia ze schodami w dół. Jednak jedna myśl nie
dawała mu spokoju, po co ktoś tworzyłby tak grubą ścianę do ukrycia… Czego?
To co
zobaczył zaskoczyło go niezmiernie: tony broni, amunicji, bomb, granatów.
Magazyn wojsk Aerugo. Mógł starczyć na co najmniej dwuletnią batalię z naprawdę
dużą armią. Roy wiedział co trzeba z tym zrobić. Zabrał skrzynkę granatów i
postawił je przy schodach. Sam podszedł do ściany i znowu użył Alchemii.
Stworzył ogromną klatkę schodową z piaskowca – materiału miał pod dostatkiem.
Nie odkrył jednak wyjścia. Został on zasłonięty piaskiem, który leżał na
zewnątrz. Zabrał skrzynkę i na dodatek powrócił litą skałę na miejsce, tak by
chroniła przed tym co mogło się wydarzyć. Wyczuł, że rękawiczki choć trochę
przeschły. Pstryknął. Wytwarzał się ładunek, który błysnął w powietrzu – dobrze.
Przyniósł
pojemnik z granatami do pokoju albo laboratorium. Obstawiał, że musiało to być
to drugie, gdyż nie trzyma się w pokoju łatwopalnych środków i płynów we
fiolkach. Rozłożył granaty na wszystkich stołach i klatkach. Część rozstawił we
wszystkich celach. Miał zamiar zmienić wszystko co złe w perzynę, oprócz
oczywiście kolumnowej sali i magazynu. Mogli później ją zbadać archeolodzy, a
dawna wiedza się przydawała.
Spotkał
wszystkich przy dziurze i stworzył z podłogi schody, by wycieńczeni więźniowie
mogli wejść na górę. Z drabinką byłoby ciężko. Odebrał Rizę z rąk mężczyzny,
który jako pierwszy się obudził w klatkach.
Roy ostatni
wchodził na schody razem ze starcem, gdy znalazł się w dziurze pstryknął
palcami. Płomienie popłynęły i trafiły. Usłyszał wybuchy, gdy się kierował do
wyjścia. Podmuch nadszedł, kiedy już znajdował się przy drabinie prowadzącej na
górę. Po boku zauważył schody, której musiano stworzyć Alchemią. Na jej
poręczach widniały podobizny umięśnionego mężczyzny z wąsami. Alexa Louisa Armstronga
– tylko on wyglądał tak potężnie i miał aż tak duże ego, by w każdym swoim
działaniem ukazywać siebie samego.
Byli
uratowani i wreszcie bezpieczni.
Ciąg dalszy
może nastąpi.
Nie satysfakcjonuje mnie koniec, chciałabym żebyś więcej dopowiedzial. ale to już twój wybór jako autora... pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńZobaczymy, na razie nie mam pomysłu na To. Zobaczymy.
OdpowiedzUsuń