środa, 26 marca 2025

Lassen and I

 Od autora: Przy wsparciu Chata GPT, bo Gemini mnie zawiódł po całości, dotarłem do stworzenia tekstu takiego jakiego bym rzeczywiście chciał i się nie wstydził. Pozostawię styl zgodny z tym, co mi podesłał czat.





Analiza piosenki La Seine w kontekście relacji Tavore Paran i cesarzowej Laseen

Piosenka La Seine, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się lekką balladą o Sekwanie, w kontekście postaci Tavore Paran i cesarzowej Laseen z cyklu Malazańska Księga Poległych nabiera głębszego, dramatycznego wydźwięku. Analiza tekstu z tej perspektywy pozwala dostrzec skomplikowaną relację dwóch kobiet – relację opartą na podziwie, zdradzie i ostatecznym rozliczeniu.


I. Konstrukcja podmiotu lirycznego i jego stosunek do adresatki

Podmiot liryczny, którym w tej interpretacji jest Tavore Paran, opisuje swoją relację z Laseen w sposób pełen sprzeczności. Już w pierwszych wersach pojawia się charakterystyka cesarzowej jako postaci niemal olśniewającej:

"She's resplendent, so confident
La Seine, La Seine, La Seine"

Epitet resplendent („olśniewająca”) nadaje cesarzowej niemal boski charakter. Laseen jawi się jako władczyni absolutna, pewna siebie, silna, niemal nieuchwytna – jak sama Sekwana, płynąca własnym nurtem, niewzruszona i potężna. Powtarzające się La Seine pełni tu funkcję refrenu podkreślającego jej dominację i wszechobecność.

Z punktu widzenia Tavore, Laseen jest siłą, z którą musi się mierzyć, a zarazem kimś, kogo przez długi czas podziwiała. Jej rola jako Przybocznej (Adjunct) czyniła ją nie tylko narzędziem cesarzowej, lecz także osobą zdolną do samodzielnego działania. Jednakże, w przeciwieństwie do pozostałych lojalistów Laseen, Tavore nie była ślepo oddana cesarzowej – działała na rzecz dawnego cesarza Kellanveda, którego Laseen uznała za martwego.


II. Hipnoza władzą – początkowe złudzenie lojalności

"I realize, I'm hypnotized
La Seine, La Seine, La Seine"

Czasownik realize („uświadamiam sobie”) sugeruje moment refleksji – Tavore dostrzega, że przez długi czas była pod wpływem iluzji, którą stworzyła wokół siebie cesarzowa. Słowo hypnotized („zahipnotyzowana”) wskazuje na swego rodzaju zauroczenie – być może nie samą osobą Laseen, ale jej zdolnością do rządzenia, kreowania rzeczywistości według własnej woli.

Laseen była dla Tavore uosobieniem siły politycznej, ale też symbolem fałszywego porządku. Władza cesarzowej miała być niepodważalna, a jednak Tavore, stojąc u jej boku, dostrzegała jej słabości. To rozdarcie podmiotu lirycznego pomiędzy podziwem a rozczarowaniem stanowi kluczowy element tej interpretacji.


III. Motyw Księżyca – iluzja i zdrada

"I hear the moon singing a tune
La Seine, La Seine, La Seine"

Księżyc w literaturze symbolizuje często tajemniczość, ukrytą prawdę, ale także zdradę. w kontekście Malazańskiej Księgi Poległych może on odnosić się do wydarzeń pierwszego tomu cyklu, Ogrodów Księżyca, gdzie po raz pierwszy ujawnia się dwulicowość rządów Laseen.

Laseen przez lata budowała mit własnej nieomylności – jednak Księżyc (być może jako metafora dawnych bogów, dawnych władców, a także planów Kellanveda) „śpiewa swoją melodię”, dając sygnał, że rzeczywistość jest inna, niż się wydaje. Tavore, wsłuchując się w tę melodię, odkrywa prawdę o Laseen i jej decyzjach, co ostatecznie prowadzi ją do buntu.


IV. Zwątpienie w autorytet cesarzowej

"Is she divine, Is it the wine
La Seine, La Seine, La Seine"

Pytanie retoryczne podkreśla niepewność podmiotu lirycznego. Czy Laseen rzeczywiście była kimś wyjątkowym? Czy jej potęga była prawdziwa, czy może jedynie efektem politycznych machinacji? Porównanie jej wpływu do działania wina sugeruje, że Tavore przez pewien czas pozostawała pod urokiem cesarzowej, ale w końcu wytrzeźwiała i dostrzegła prawdę.

Jest to moment kryzysu lojalności – Tavore, zdając sobie sprawę, że Laseen nie jest wszechmocna, zaczyna kwestionować jej decyzje.


V. Motyw Mostu – punkt przełomowy

"Upon the bridge
My heart does beat
Between the waves
We will be saved"

Most staje się symbolem wyboru i przemiany. Jest to bezpośrednie odniesienie do kluczowego momentu w życiu Tavore – chwili, gdy nie podporządkowała się rozkazowi cesarzowej i nie poświęciła swojej armii. Laseen nakazała jej poddać swoich żołnierzy i skazać ich na śmierć z rąk tłumu oraz Szponów (tajnych zabójców cesarzowej).

Tavore, przekraczając most, wybiera własną drogę – zamiast ślepej lojalności wobec Laseen, decyduje się na ratowanie swoich ludzi i walkę o prawdziwy cel. To moment, w którym ostatecznie zrywa ze światem cesarzowej i staje się niezależnym graczem politycznym.

Słowa We will be saved („Zostaniemy ocaleni”) mogą być wyrazem nadziei Tavore – mimo że zdradziła cesarzową, wciąż wierzy, że jej wybór ma sens, że jej działania prowadzą do czegoś większego.


VI. Zakończenie – relacja bez odpowiedzi

"I don't know, don't know, so don't ask me why
That's how we are, La Seine and I"

Refren oddaje skomplikowaną relację między Tavore a Laseen. Tavore nie potrafi w pełni zrozumieć, dlaczego wszystko potoczyło się w ten sposób – dlaczego Laseen wydała taki rozkaz, dlaczego pozwoliła jej odejść, dlaczego przez lata kreowała iluzję własnej wszechmocy.

Ostateczne słowa – That's how we are, La Seine and i – sugerują, że ta relacja, choć pełna napięć, była nieunikniona. Tavore i Laseen przez lata były uwikłane w skomplikowaną grę polityczną, w której jedna wykorzystywała drugą.


VII. Podsumowanie – opowieść o lojalności, zdradzie i własnej drodze

Piosenka La Seine w kontekście relacji Tavore i Laseen staje się pieśnią o lojalności i jej utracie, o podziwie, który przechodzi w zwątpienie, oraz o zdradzie, która ostatecznie prowadzi do emancypacji.

Tavore przez lata pozostawała Przyboczną Laseen, wykonując jej rozkazy, lecz w decydującym momencie wybrała inną ścieżkę. Most, który przekroczyła, stał się granicą pomiędzy jej dawną służbą a własnym przeznaczeniem.

Piosenka jest więc nie tylko pożegnaniem z cesarzową, ale także symbolem narodzin nowej, niezależnej Tavore Paran.


CDN.

sobota, 22 czerwca 2024

Anakin Skywalker VS Ahsoka – Ostatnia Lekcja

   

Jako, że oba chaty całkowicie mnie zawiodły. Nie potrafiły przedstawić tego, co Ja jako żywy człowiek jestem w stanie zrobić sam. Może po prostu potrzeba lepszej wersji Sztucznego Zbieracza Algorytmów? Może? Pytanie pewnie, za ile? Chociaż lepsze pytanie byłoby dlaczego nie udało mi się dokończyć tego krótkiego tekstu przez ponad miesiąc? Kto tam wie…

Na dole przedstawiam ich odpowiedzi. Takiego fanfika i braku kompetencji to dawno nie widziałem.

Najpierw parę cytatów, bo wydaje mi się, że Kapelusznik (Dave Filoni) się na nich częściowo opierał albo wzbogacał własne podejście właśnie takimi podejściami:

„Śmierć jest nie tyle końcem życia, co nowym początkiem.” – Mahatma Gandhi

„Śmierć nie jest końcem, jest mostem łączącym nas z wiecznością.” – Rumi

„Śmierć jest tylko przejściem z tego świata do innego.” – George Harrison

„Śmierć nie jest końcem, to tylko nowy początek.” – Emily Dickinson

„Nie bójmy się śmierci, obawiajmy się niewykorzystanego życia.” – Buddha

„Śmierć nie jest przeciwnikiem życia, ale jego towarzyszem.” – Haruki Murakami

„Śmierć jest jedyną rzeczą pewną w życiu, dlatego ucz się żyć bez strachu.” – Mark Twain

„Kiedy myślisz o śmierci, myślisz o życiu.” – Albert Camus

„Śmierć jest jedynie drzwiami do innego wymiaru.” – Stephen Hawking

„Jeśli śmierć była końcem wszystkiego, życie nie miałoby sensu.” – Dalajlama

„Śmierć jest tylko przerwą w wielkiej podróży.” – Richard Bach

„Śmierć jest przejściem, nie końcem.” – Henry Scott Holland

„To, że wiemy, że kiedyś umrzemy, sprawia, że życie ma wartość.” – Stephen King

Wybrane przeze mnie cytaty, źródło[data odczytu 20.05.2024]

 

 

Może nie będę robił „scenotypisu” całego pojedynku albo odcinka, bo to bez sensu i w necie są tysiące takich recenzji. Wolę skupić się na czymś innym. Na podejściu do problematyki jaką jest Uniwersum Star Wars. Jego wzloty i upadki, a wręcz równia pochyła z kilkoma wybrzuszeniami, jak te kilka scen.

To ciekawe jak Fani SW potrafią zmieniać front o 180, ale ciężko się im dziwić, gdy widzą dwie postacie Anakina Skywalkera z Prequeli i Wojen Klonów na jednym ekranie, w jednym miejscu, w jednym momencie, a na dodatek granej przecież przez „drewnianego Haydena”. I widzą dwie charakterystyczne osobowości swojej ukochanej postaci (Haydena, który odrobił pracę domową, jak to określają fani – ciężko się nie zgodzić). Widzą to, co chcą zobaczyć, a dodatkowo dostają to, co chcą dostać. To fanservice na wysokim poziomie. Tylko, że większość stworzonych Gwiezdnych Wojen nie jest w stanie tego zrobić i dostajemy coś takiego jak film Solo – składający się z mrugnięć, które nie mają sensu dla dzieła, albo serial Akolita, który w ogóle sam nie ma sensu.

Zapytacie się więc, co to oznacza dla tych fanów? Spójrzmy, jak prawdopodobnie tworzy się te dzieła. Wyjaśniam, że najprawdopodobniej po prostu losowo. Składają się różnych przypadkowych zdarzeń, które reżyser albo reżysera łączą w jedno. To po prostu głupi, prostacki los. To nie żadna sztuka. To „exelek”. To tak jak chatboty. Część informacji jakie mają są Okej, ale reszta to badziew i obawiam się, że Gwiezdne Wojny tak właśnie mogą być teraz tworzone. Dlatego szkoda na nie czasu.

Wracając do meritum wywodu, wróćmy do początku, jak powiedział mistrz Skywalker, samo-mianowany ale zawsze to coś.

Żyj albo umrzyj?

Takie pytanie zadaje uczennicy Ahsoce jej mentor Anakin.

Jej odpowiedź: Nie.

Nie, nie jest poprawnym rozwiązaniem. To pytanie z tezą i to na dodatek zamknięte. Jak to określa Anakin, to błędna odpowiedź. Dlatego zgodnie z poleceniem mentora, idźmy do początku. Spójrzmy na Kodeks Jedi:

Nie ma emocji - jest spokój.

Nie ma ignorancji - jest wiedza.

Nie ma namiętności - jest pogoda ducha.

Nie ma chaosu - jest harmonia.

Nie ma śmierci - jest Moc.

Źródło [data odczytu 20.05.2024]

To, czy są to w pełni kanoniczne stwierdzenia, to nie będę wnikał. W praktyce przedstawiają dokładnie to, co Anakin opisywał w Ataku Klonów odnośnie miłości dla Jedi.

 Jedi są zachęcani do miłości do galaktyki. Całej galaktyki. Nie tylko miłości do i dla siebie, jak Sithowie. Potrzebują tego, aby móc dalej działać i wspomagać galaktykę. Dlatego muszą zrozumieć jedną, ważną lekcję: Nie ma śmierci, jest Moc.

Co to tak naprawdę oznacza? Według Kapelusznika, to określenie tego, że Ahsoka utraciła własne poczucie istnienia dla świata. Stała się pustelnikiem, jak Obi-wan Kenobi, czy Luke Skywalker. Ci odeszli i przestali działać. Zakończyli swoją działalność. Popełnili błąd, którego Anakin chce oduczyć, ulubioną postać Kapelusznika, Ahsokę Tano. Musi ona zrozumieć, że ma żyć. Istnieć. Działać. Porzucić strach przed porażkami i przyjąć wszystko, to co istnieje. To czym jest i to skąd pochodzi. Jej Przeszłość. Jej Dziedzictwo, a dokładniej Ich Dziedzictwo. Mistrzów, którzy szkolili Bena, Anakina, Ahsokę. To walka z traumą, którą nadal nosi po dowiedzeniu się, kim stał się po końcu Wojen Klonów Anakin, czyli Darth Vader, oraz Upadkowi całego Zakonu Jedi.

Obi-wan zrozumie to, gdy umrze na Gwieździe Śmierci, a Luke Skywalker, gdy umrze z wycieczenia niczym narkoman na działce z Midichlorianów na planecie Ahch-To (Ostatni Jedi to badziewie i nie będę się rozpisywał na ten temat, bo już to robiłem wielokrotnie, a Mauler zrobił to wystarczająco dobrze w ciągu 5 godzin, więc tylko polecam dla atencji, gdyby ktoś zechciał wrócić do tych czasów. Ja nie ukrywam, że mam dosyć na długo).

Mają to wszystko na względzie warto spojrzeć na ważne punkty tej lekcji, gdyż teoretycznie Kapelusznik dobrze rozegrał trzymane przy orderach karty. Przedstawił po pierwsze Anakina jako Wybrańca Mocy, który będąc w Świecie pomiędzy Światami tak naprawdę nie ma ograniczeń jako Duch Mocy. Może pokonać w praktyce każdego. Uderzenie, które go trafia tak naprawdę ma jedynie wprowadzić w Ahsoce poczucie bezpieczeństwa, które rozbije wyrzucając ją do Przeszłości. Nawet Anakin odwołuje się do wydarzeń przed jego własną śmiercią, gdy odmówiono z nim walki –uczennica też nie chce z nim walczyć. Dlatego ją do tego zmusi. Jednak tak, czy siak, to i tak Pani nie-Jedi nie zrozumiała swojej lekcji i trzeba było jej pokazać ponownie o co chodzi.

To, czy Kapelusznik dobrze przestawił motyw samobójcy, czyli kogoś kto ma dość życia i jest gotowy umrzeć w każdej chwili, lecz jedynie pojawia się on logicznie w tym odcinku. Ten odcinek w ogóle jest bardzo poza całą resztą serialu, który w praktyce donikąd nie zaprowadził. To ciekawe jak jeden twórca potrafi wejść w obszar ciekawego podejścia do postaci, rozwinięcia innej postaci i przedstawienia nowego obszaru uniwersum, a potem wymyśla fabułę, która jest durna – tak, mówię o ostatnich odcinkach Ahsoki i tych wcześniejszych. To straszne jak Anakin został wykorzystany tak samo jak Luke w Mandalorianinie sezonie II. Obaj Skywalkerowie zostali zużyci i to po prostu smutne. Ale przynajmniej wiemy, że Hayden nadal umie zagrać tego wspaniałego młodzieńca, który chce pomóc każdemu, który chociaż trochę na to zasługuje.

Ale po ostatnim wydarzeniu w Akolicie... to może i lepiej, że Star Wars is dead.











wtorek, 28 marca 2023

Labirynt jako koncept w Sword Art Online (Progressive) a Pathfinder Wrath of the Righteous

Chciałbym zaznaczyć pewną myśl, która niespodziewanie wpadła do mojego umysłu właśnie pewnego dnia, gdy słuchałem muzyki filmowej (OST) ze „Sztuki Mieczy Online Progresywnie” (Sword Art Online Progressive).

Oba te dzieła wymienione w tytule mają w trakcie swojej przygody odwołanie do motywu labiryntu i jedno oraz drugie w tym labiryncie trwają. Odwrotnie do większości znanych dzieł zmagających się z tym tematem.

Przykładowo Metro czy Niezgodna wychodzą poza obręb dostępnej uprzednio przestrzeni i odkrywają świat poza. Z mojego punktu widzenia przeważnie niewiedza o tym, co się mieści za labiryntem, w ten czy inny sposób pokazanym, jako bariera zanieczyszczonej przestrzeni poza podziemiami w Metrze czy jako fizycznego, wysokiego muru w Niezgodnej, jest o wiele ciekawsza niż jakikolwiek świat poza nim. Obojętnie jak rozbudowanym. Brak takiej możliwości w opowieści buduje w postaciach ciągłą potrzebę wyjścia, lecz nie umożliwia go w trakcie odbywania się samej historii, a przynajmniej nie w sposób klasyczny. Niektórzy bohaterowie sobie z tym radzą, a inni zawsze będą pragnęli uciec z zamknięcia. To tak jak wyjście samego minotaura z labiryntu. Jak wyjdzie, to co mu pozostaje? Traci siebie samego i swoją osobowość. A ci co weszli, zostali wrzuceni niby mogą wyjść… ale warto zauważyć, że gdy historia tyczy się w nim samym i się na nim opiera, to czy wyjście zwiększa możliwości? Poszerza charakterystykę zdarzeń? Pytanie wtedy: Czy w ogóle powinien być obecny labirynt, jeżeli w praktyce zaraz się z niego wyjdzie? Może wystarczy samoistne więzienie – zamknięta, ograniczona przestrzeń? Po co labirynt? Utrudnienia w ucieczce poprzez przestrzeń zamiast zabezpieczenia przed ucieczką w przestrzeni? Różnica polega właśnie na niemożliwości ucieczki przez labirynt, a utrudnieniem wyjścia przez zabezpieczenia przestrzeni.

Autor w Metrze decyduje się, że dopiero wyjście poza przestrzeń stanie się możliwe w trzeciej części, natomiast w Niezgodnej w praktyce w pierwszej już mamy przebłyski takiej możliwości. Problem polega na tym, że gdy postacie wyjdą z labiryntu, to wtedy on znika. Staje się ułudą. Staje się jedynie budynkiem, przestrzenią niby to zamkniętą, lecz się z niej przecież wyszło. Staje się przeszłością, która w praktyce jest niepotrzebna, zbędna. Niby zawsze jest częścią charakterystyki, ale tylko częścią, a nie jej podstawą, nie motywem głównym.

Inaczej właśnie to przedstawia się w Progressivie, odmiennie niż w zwykłym SAO, gdzie po pierwszym sezonie następuje wyjście (pierwszej nowelce), i Pathfinderze. Tam labirynty trwają nieprzerwanie i są osią historii. Muszę przyznać, że gra Owlcata ma tyle wątków, że labirynt jest jedynie małą częścią wydarzeń – głównie związanych z samym zakończeniem i postacią Bapfometa, ale w praktyce nie tylko.

Krótka informacja wyjaśniająca: Bafomet - Lord Demonów – Potężny Minotaur, który zapragnął uciec z Labiryntu, w który uwięził go Arcydiabeł Asmodeusz. Udaje mu się zbiec tworząc w sobie samym kopię demonicznej przestrzeni Ivory Labyrinth (Labirynt z kości słoniowej). Dzięki temu kontroluje powstały świat, ale sam labirynt pozostaje w nim jako ślad. Pokonuje magiczne zaklęcie uniemożliwiające wyjście z Ivory Labyrinth. Zamiast z niego wyjść, wprowadza świat w jego obręb. Zrzuca jarzmo tworząc demoniczny wymiar będący również labiryntem, z którego będzie mógł wyjść i do którego będzie mógł wejść. Złamał klątwę odkrywając jej główny sens, czyli niemożliwość znalezienia wyjścia.

Jednak to, jak twórcy obeszli problem nie wyrywając Minotaura z labiryntu bardzo przypadł mi do gustu nadając dodatkowy sens całemu motywowi. Tak samo jest w Progressivie autor przestał uciekać przed najbardziej ciekawą częścią historii, czyli pokonywaniem pięter wirtualnego świata Aincard. To był główny labirynt tej historii, w którym bohaterów uwięził „Kajabaja Akihiko” (Akihiko Kayaba). Gdy do niego weszli powstało mnóstwo możliwych historii i działań związanych z ludźmi w uwięzieniu: brak chęci do walki, apatia, mordercze instynkty, powrót do barbarzyństwa, a nawet potrzeba wywalczenia sobie wolności w bardzo różnie rozumianym sensie, łącznie z mordowaniem innych graczy – teraz samych ludzi, nie „growych awatarów”. To najciekawsze wątki, które zostały wyrzucone do kosza w momencie rozwinięcia fabuły w sferę wirtualną. Po co? Dlaczego porzucać wątek labiryntu?

Wychodzenie z Labiryntu w danej opowieści dotyczącej motywu jest ciekawsze niż samo wyjście. Sama istota bycia w nim tworzy interesujące pochwycenie historii i nadanie mu jakiegoś biegu, celu. Po wyjściu zatraca się sam sens istnienia wcześniejszego zamknięcia. Po co labirynt, jeżeli się go porzuca? Dzięki jego istnieniu nadajemy danej historii tryb i poczucie zamknięcia, utrudnionego albo uniemożliwionego wyjścia. Gdy ono następuje, to po co istnieje samo zamknięcie? Czy ten motyw wtedy ma sens? Może wystarczy więzienie zamiast labiryntu?

Jak już siedzimy w motywie labiryntu i jego konceptu z Pathfindera Wrath of the Righteous, to warto spojrzeć też na jeszcze jeden labirynt, którego za niego się nie uznaje, ale w praktyce nim jest. Każdy Licz, który chce się stać naprawdę nieumarłym, w trakcie swojego powstania potrzebuje przedmiotu przechowującego jego duszę, klatkę duszy (soul cage), by uciec przed najpotężniejszą boginią świata Pharasmą Panią Grobów (The Lady of Graves). Nazywają to relikwiarzem-filakterium-phylactery. To sposób na uniknięcie jej wyroku po śmierci, a wręcz ucieczki przed taką możliwością – stania się nieśmiertelnym bytem połączonym ze światem na zawsze poprzez połączenie swojej duszy z rzeczywistością. Filakterium jest w praktyce labiryntem, który ubezpiecza duszę przed ucieczką ze świata. Licz tworzy swój własny labirynt dla siebie, tak jak Bafomet. Chroni siebie, by móc wyjść i uciec od Klątwy Śmierci, tak jak demoniczny bóg, który uciekł przed Klątwą Arcydiabła.

Dlatego zakończenie całej historii w Pathfinderze jako Ascendent, czyli nowy bóg, jest bardzo ładnie związane z postacią Licza, jednakże twórcy nie idą w tym sensie tak daleko, jak wydaje mi się, że powinni. Stworzyli koncept, który mógłby przejść jeszcze dalej. Rozwinąć się w dalszą drogę.

SPOILERY!

Jednak odrzucili coś, co buduje to, czym jest właśnie Licz, czyli pewnością ucieczki od możliwości śmierci. Na koniec gry musimy wyrzucić coś do Rany świata (Worldwound), by ją zamknąć na zawsze. Możemy wrzucić istotę, która ją stworzyła czyli Areelu Vorlesh, możemy to być My albo nasze filakterium – będące naszą cząstką, lecz gra nie bierze jednego pod uwagę: Jak mamy z Zachariuszem stosunki przyjacielskie, to on stworzyłby dla nas kolejne filakterium – czyli NASZE poświęcenie się stanie, ale tak naprawdę nie spowoduje naszej straty jako Licza będącego wiecznie połączonym ze światem. Dlaczego z tego nie skorzystano? Nie wiem.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Osobiste przemyślenia – Batman Forever

Od autora: Mam nadzieję, że się spodoba.

Mógłby ktoś zapytać: dlaczego rozmyślam o tym wydanym w 1995 roku filmie? Odpowiedź byłaby prosta: Bo go ponownie obejrzałem. Lub co bardziej prawdziwe: znowu. Jednak dzisiaj to już nie tak samo co dawniej. Teraz nie poszukuje jedynie scen z Batmanem, kiedy bije innych po pyskach lub ucieka batmobilem. Oj nie. Teraźniejszość spowodowała zmianę obrazu i to o sto osiemdziesiąt stopni.
Nie tak dawno uważałem ten film za prawie tak samo okropny jak Batman i Robin, który naprawdę wzbudza we mnie zbyt wiele kontrowersji, nawet kiedy byłem małym człowiekiem. Ten wytwór to prosty paszkwil i zarazem wskazówka lub argument, jakich filmów nie wolno tworzyć z Człowiekiem-nietoperzem. Natomiast Batman Forever zawsze miał ode mnie plusa za batmobil na ścianie i Człowieka Zagadkę. A no i oczywiście za tą malutką scenę:
według mnie podstawę tego, jak powinien wyglądać Batman przy pracy. Wybiera gadżety, które mogą być mu potrzebne, a nie nosi wszystkie przy pasku niczym schowek w czarnej dziurze – to nie mag.
Jednak wróćmy może do konkretów, dlaczego podoba mi się teraz bardziej. Może z tego powodu, że dzisiaj już po edukacyjnych przygodach, widzę różne kolory w tym dziele. Szarość, nie jedynie czerń i biel, jak kiedyś, oraz jaśniejsze odcienie tęczy. Mówię oczywiście o starym jak świat: „Funie” – określenie zabawy i radości z danej rzeczy, czynności – fun. Tak jak już wspominałem, w filmie widać inne odcienie niż ten bijący po oczach fiolet. Głównie powstają dzięki tajemniczości samej osobowości Bruce’a Wayne’a vel Batmana. Rozbitego na dwie walczące ze sobą cząstki, chcące władać tą samą osobą. To jest właśnie główny temat tego filmu. O czym bardzo wielu zapomina. To działo nazywa się Batman Forver nie przypadkowo.
W pierwszej wersji filmu wstęp miał się zaczynać inaczej: 
 i być bardziej w wizji Tima Burtona, ale potem wtłoczył się producent. Narzucił obowiązek stworzenia kina familijnego. Trzeba było poprawić wszystkie zbyt drastyczne fragmenty i odrzucić tą scenę przemiany:
  Ewidentnie pomysł Bartona ukazujący właśnie tytuł filmu. To, że Bruce Wayne na zawsze zostaje Batmanem z wyboru.
Z tym właśnie wiąże się moje odkrycie. Ten film naprawdę ma Ciemną Stronę. Główne pytanie zadawane w domyśle przez Bruce’a: Po co być Batmanem? On sam nie umie na nie odpowiedzieć. To właśnie mówi Dickowi vel Robinowi w momencie tłumaczenia, że zemsta nie jest wyjściem. Przez nią właśnie stał się w Mścicielem Gotham, lecz nie pamiętam już dokładnie, dlaczego codziennie musi walczyć o miasto. Zatracił tą pewność misji.
Ponownie nachodzą go wspomnienia zmarłych tragicznie rodziców. A ponad to sam ma problem z Batmanem jako osobą. Wie, że kiedy przestanie nim być, miasto może być zagrożone. Czuje się przytłoczony tym problemem. Ktoś wybrał za niego – przynajmniej tak mu się wydaje. Przy okazji te dziwne wspomnienie z dziennikiem ojca, które przybywa do jego umysłu i wtłacza w nie niepewność. Tak mocarną, że sam Bruce chce przestać być Batmanem. Pragnie zostać tylko Brucem Waynem i sobie spokojnie żyć z panią doktor Chase Meridian – według mnie dobra Nicole Kidman, na pewno lepsza od Vala Kilmera (Batmana), – która ewidentnie również wskazuje mu drogę nie wychodzenia podczas nocy. Pokazuje, że ma dalej wybór, co obrazuje ostatnia scena, gdy Batman musi wybrać pomiędzy dwoma uczestnikami konkursu: 
 Nie wybiera żadnej strony. Oznajmia, że będzie obydwoma jednocześnie.
Oczywiście w filmie również widać inne ciekawostki. Na przykład strach przed Batmanem, wystarczy jego obecność, albo żart o naukowej opinii Pani Doktor. Również w filmie widać nawiązania do starszych nurtów sztuki. Romantyzm się nam kłania swoją tajemniczości oraz drogą do samozrozumienia tego kim się jest. Poznania własnych pragnień i prawd. Bez problemu można też dostrzec zabawne nawiązanie do poprzedniego filmu Burtona, kiedy Batman nie mógł wjechać na ścianę [Powrót Batmana].

Nie będę mówił o Robinie. Bo to się nie godzi…
Podsumowując. Warto obejrzeć Batman Forever pod względem spojrzenia na tą historię w sposób trochę odmienny od założonego. Przejrzenia bajkowej fasady, przy tym często średniej gry aktorskiej, na rzecz samej historii, która w jakiś sposób jest słodko-gorzka.

CDMN.

czwartek, 31 marca 2016

Star Wars Rebels – czyli Filoni i zwariowany kapelusz

Od autora: Nie będę rozwodził się nad wszystkimi odcinkami, bo to nie ma sensu. Każdy kto oglądał doskonale wie, o czym będę mówił, a jak nie, to przestrzegam przed masą spojlerów.
  
Star Wars, czyli Gwiezdne Wojny to Moje dzieciństwo i wiedziałem, czego pragnąłem i oczekiwałem. Jednak Disney i wcześniej Lucas Arts, a dokładniej Dave Filoni uznał, że wszystkie normalne pomysły mogą iść w odstawkę. Tak powstała myśl, by może coś nabazgrać dla potomności.
Pierwszy raz jak włączyłem Relebsów to pomyślałem: Przeraźliwie głupie, dziecięce i bez wyrazu. Następnie przybyła refleksja, przecież Wojny Klonów też nie były takie wyrównane w pierwszych odcinkach i sezonach, lecz wtedy wiadomo było, że będzie ich kilka – wyszło sześć i dobrze, bo dopiero w 3 zaczynało się robić lepiej, a w 6 to czasami można było ponownie uznać, że się ogląda Gwiezdne Wojny, oprócz chipów, których nienawidzę. Bywało źle i niemiarodajnie, a czasami niezgodnie z logiką… ale bywały i wysokie wzgórza, a nie jedynie niziny. Uznałem, że może i dam Rebelsom jakiś margines błędu. Może tak musi być, bo potem to zmienią i ulepszą. Ale doskonale pamiętałem o wcześniejszym serialu, który przecież nie poszedł do kosza. Ach, płonne nadzieje są.
Nadchodziło wtedy TFA Przebudzenie Mocy. Myślałem: Cóż za wspaniała bajka. To będzie coś na miarę Mojego wyobrażenia. Trailer mroczny i zagadkowy, tajemniczy. To pokochałem w EU Expanded Universe: pomysłowość, miejsce na niedomówienia i rozmyślenia fana, a zarazem wytłumaczenie, że nie wszystko wygląda tak jak na pierwszy rzut oka. Postanowiłem, że zawierzę Abramsowi, tak samo jak Filoniemu odnośnie Rebelsów.
Mijały kolejne odcinki bajeczki, a moje wiara coraz bardziej stawała się płytka. Bywało momentami ciekawie, lecz zwykle było nudno i bezsensu:
– nierówność używania Mocy (a fani wrzeszczeli na Luke’a, że w pierwszych książkach raz buduje zamki, a innym razem nie może podnieść kamienia, jednak większość tłumaczyła to tym, że się rozwija i zarazem nie jest pewien swoich umiejętności – dobre wytłumaczenie, zgadza się z logiką Star Wars: Moc to taka wiara [co jest nie do końca prawdą, bo nie wszyscy mogą jej używać]);
– głupota i zidiocenie dowódców oraz żołnierzy – bajka dla dzieci, lecz nietrafianie w nic to trochę zbyt duże uogólnienie;
– spłycenie i zepsucie większości postaci [tak inkwizytorzy też w to wchodzą, bądź co to urwali się właśnie z EU] – Inkwizytor ma problem ze złapaniem padawana Jedi i zabiciem go, bo… Tak? Wyszkolił go sam Darth Vader i powinien sobie radzić z takimi chłystkami. Rozumiem, że mistrza Jedi może nie dałby rady pokonać, a może rycerza też nie, lecz zwykłego padawana? To się nie klei. Tarkin nie umie sobie poradzić z byle małym oddziałkiem Rebeliantów, a jego działania polegają na: Skrócić ich o głowę! Alicja w krainie czarów i słabym taktycznym zamyśle oraz pozostawieniu włączonego komunikatora, którego nie mogli zagłuszyć niszczycielem? Trzema niszczycielami? Kolejny niespójny trick Kapelusznika. Może na dokładkę Darth Vader – chociaż One-Man Fleet się broni sam, ale akcja na Lothal trochę się nie udała. Rebelianci przetrwali… Rozumiem Leia, Luke, Han i reszta – bo mają przetrwać, lecz tutaj? Już minęło 15 lat po Upadku Republiki, Imperium nie może być aż tak zniedołężniałe i wybrakowane po latach prosperity;
– dziwność działania statków – raz TIE trafia i niszczy, a innym razem nie, a pole/osłona chroni, a raz tego nie robi, tak od niechcenia – trochę jak w Wojnach Klonów, no ale to zrzucam na karb przypadku i niech sobie będzie, dalej mi się nie podoba, ale niechaj tak zostanie;
– walka na miecze świetlne – niewyszkolony lub przed chwilą trenowany Ezra Bridger [Mostowiak lepiej do niego pasuje] jest lepszy od w pełni wyszkolonych od lat Inkwizytorów na usługach Imperium. Oczywiście… Oczywiście. Luke może, ale to syn WYBRAŃCA! Rey może, bo tak i od tego mementu Disney stracił mój jakiekolwiek szacunek odnośnie panowania nad Gwiezdnych Wojnami. Jeśli rok nauki lepszy od ich kilku? To Ezra powinien pokonać Vadera po 2 latach, no może 3 treningu. A na koniec nawet nie dali Nam dobrej walki i satysfakcjonującej Vadera z Ahsoką. Nic nad wyraz wielkiego nie pokazali, ani podniosłego. Jakbym oglądał Vader vs jakiś tam pospolity Jedi;
– wyciąganie z EU i najgorzej, że w sposób nieumiejętny: Świątyni Sithów – świetny pomysł, ale wykonanie trochę kuleje. Oczywiście, że wybucha… Tylko, że jej głównym działaniem było wykorzystanie przez holokron, aby uzyskać wielką potęgę, a nie pilnowanie go lub ochrona, co równałoby się z tym, że jak zabierasz, to jesteś ten zły; Yuuzhan Vongów – tak wielkie i kosmiczne walenie!; Rahm Koty – ślepy szermierz, czyli od teraz nasz ukochany Kanan Jarrus; różne warianty mieczy świetlnych – dalej mi nie udowodnili, że te kręcące się śmigiełka są przydatne do czegokolwiek. NIE! HELIKOPTER TO ZA DUŻO!!! Tego nie można obronić w żaden sposób; Mandalorianie – jak zwykle Kapelusznik ponownie wsadził swoje trzy grosze i powstali Protektorzy i dobrze, że pojawili się, lecz czemu muszą być kowbojami? Gdzie stara, mandaloriańska duma wojownika i najemnika! Ten sznyt wojskowy i brak skrupułów, co spowodowałoby niechybną śmierć Sabine – pożal się Boże dawnej szturmowczyni – uciekła z Akademii, co nie? – To chyba koniec wyrywania z EU, ale mogę się mylić. Nie obrażę się za komentarze;
Wróćmy jednak do głównego tematu, bo dygresja przyćmiła wszystko o czym chciałem opowiedzieć. Ostatni odcinek drugiego sezonu, finał tegoż fragmentu serialu, a zarazem taki zawód. Zapewne spytacie: Dlaczego Mistrzu? Dlaczego to zawód? A ja odpowiem: Ahsoka powinna umrzeć na oczach Anakina, który by nawet na nią nie spojrzał, bo już w planach miałby kolejną misję. Ezra Mostowiak i Rham Kota mogliby uciec, niechaj tak będzie, ale rozwalenie całej świątyni? Po co? By przyszłościowy Ben Solo alias Kylo Ren mógł sobie odnaleźć miecz świetlny styl europejski? Trochę to marne? Bo tamte działały poprawnie, a jego nie, więc wytłumaczą to tym, że znalazł uszkodzoną wersję. Nie kupuję tego. Kolejna głupota: Darth Maul dalej żyje. Po co to ciągnąć? Po co go ciągnąć dalej? Nie mógł umrzeć w walce na Dathomirze? Kapelusznik aż tak go kocha? To niech sobie powiesi go nad łóżkiem, a nie ciąga wszędzie. Mógł być w tym odcinku i dobrze, lecz mógłby też wreszcie zdechnąć.
Śmierć wszystkich trzech inkwizytorów i latanie na śmigiełkach, a zarazem pokazanie nowego i natychmiastowe odejście, to trochę za dużo w jednym odcinku, nawet jeśli dwupartowego. Jeśli chcieli ukazać to, że są oni beznadziejni i to potwornie, to im się udało. Nawet z psem Jedi nie daliby sobie rady, a jeśli Rycerze Ren są jakkolwiek połączeni z nimi, to Luke powinien ich zmieść jednym machnięciem ręki – no chyba, że wszystkich sprowadzamy do poziomu 0-1. Pchnę ja ciebie lub ty mnie, zobaczymy kto jest szybszy i sprawniej posługuje się Mocą. Nie! To nie o to chodziło. Trzeba trochę pomyśleć nad jakimiś technikami, czymkolwiek. Ten holokron to też dobry pomysł, niby taki super, a Vader nie mógł wykorzystać go na swoją stronę? Po co ta Świątynia Sithów, jak Sith nie mógł z niej korzystać, by się wzmocnić. Ponad to przeważnie tylko Jedi, by ją odwiedzali? Trochę to popaprane? Co nie? Rozumiem, że mogliby sobie sami zadawać ból i się kaleczyć, by dostać to czego pragną: Tak mówię o Dumbledorze i otwieraniu skrytek z Horkrusami. Trochę utraty krwi lub czegokolwiek. Ponad to, jeszcze to nierozumienie napisów na obelisku – bo to starożytna świątynia: tak odwołanie jak wół do EU i Vestary Khai z rozmową do strażników na Korribanie, czyli teraz Morabandzie.
Co tam ukryte jest jeszcze? Oprócz nieumiejętności walki inkwizytorów i Vadera, który nie umie złapać nie-jedi, Rhamy Koty, Mostowiaka po złej stronie… A jeszcze została Nam pradawna bitwa Jedi z… nie wiadomo z kim, bo nie pokazali nawet, żeby tam jakiś czerwony miecz się znalazł. To oznacza, że Sithowie nie używali mieczy świetlnych, czy może to, że tam ktoś inny chronił tą świątynie? O wejściu do niech nawet wspominać nie będę. Naprawdę nie ma innego wejścia, jak dziurą z góry? Trochę słaby pomysł. Ponad to mamy jeszcze tysiące mieczy świetlnych, może bez baterii, ale z kryształami. Wiecie o czym myślę?
To doszliśmy do końca. Dostaliśmy serial, który jest tak słaby jak TFA, nielogiczny, niespójny, głupkowaty i po prostu uderzająco podobny do EU, lecz bynajmniej nie w tej dobrej części – były tam błędy, ale je porzucono i trochę wyłagodzono, tak powstała dobra część EU. Ale Nam dorzucono okruszynki, mówiąc o wielkich płatach ciasta, a ponad to dodano je nieumiejętnie i trochę na bakier z sensownością. Bardziej, aby fan dostrzegł, ale broń Boże, aby ktoś inny zechciał zaciekawić się o wiele bogatszym i pełniejszym, a razem mądrzejszym światem Star Wars Legends.

PS. Odnośnie finalnego odcinka drugiego sezonu: Słyszałem o naukach Maula i jego patrzeniu na Moc oraz łamaniu łańcuchów, ale potem nie było wcale lepiej.
Pozdrawiam,
Heian