sobota, 11 stycznia 2014

Ciemności – VI

Szybko znalazł się w tunelu, który rozchodził się na boki. Skierował się w lewą odnogę, tak mówiło przeczucie i czasami się nawet sprawdzało, a więc Roy z niego skorzystał. Przeszedł z kilkadziesiąt metrów i natrafił na rozświetlone pomieszczenie. Elektrycznymi lampami. Korytarz prowadził dalej i nagle miał boczną odnogę, i z niej właśnie wylatywała jasność. Podszedł do krawędzi i wyjrzał.
– Riza! – pomyślał Roy, widząc ją przypiętą do stojącego w środku pokoju drewnianego pala. Już podnosił nogę i miał ją opuścić, by przyjeść przez framugę, gdy nagle się zatrzymał. Jego umysł zalał jej twardy i rozkazujący głos: Nie rób nic głupiego. Dzisiaj mu tego nie powiedziała, a więc wierzyła, że tego nie zrobi. Cofnął but i przyjrzał się dokładniej pomieszczeniu. Okrągły pokój miał przy swoich ścianach stoły z wieloma fiolkami i różnymi płynami w butelkach. Nie widział tego co znajdowało się po bokach od wejścia, ale przyjrzał się dokładniej miejscu, gdzie była kochana. Pal stał w środku doskonale ustawionej pięcioramiennej gwiazdy ze stalowymi klatkami na jej końcach. – Homunkulusy! – już miał krzyknąć, gdy powstrzymał się i tylko zaklął. Może jedynie jakiś wariat ponownie chce zabawić się w ludzką transmutację i nie mógł na to pozwolić.
Ścisnął mocniej szablę i wyszedł zza rogu, z opuszczoną bronią i luźnie spuszczoną lewą ręką. Zauważył ruch i w ostatniej chwili odsunął się w bok, podniósł oręż i się zasłonił, gdy kula przeleciała obok, a jego samego zaatakował jakiś miecz trzymany przez tego kapitana z Aerugo.
– Wiedziałem, że wpadniesz Roy – stwierdził przeciwnik, nacierając mocniej. Trzymał rękojeść obydwoma rękoma, to był błąd. Pstryknięcie i eksplozja posłała wroga na stół, a ten przewrócił wszystkie fiolki i wiele innych szkieł wypełnionych różnobarwnym płynem. – Ty draniu! – krzyknął i machnął dłonią. Jak z machnięcia czarodziejską różdżką, ziemia pod generałem zatrzęsła się i wywinęła do góry przewracając Roya na twarz. Wypuścił broń i zaklął. Kamień filozoficzny – homunkulusy, znowu to samo. – Myślałeś, że nie mam olbrzymich możliwości? Bez przygotowania nie walczyłbym z kimś takim – oznajmił, podnosząc się z mebla, zdjął kurtkę munduru i odrzucił w bok. – Widziałeś co jest w klateczkach? – Dopiero teraz Mustang dostrzegł lezących na plecach i wynędzniałych Ishvalczyków. Znowu! – ta myśl kołatała się w nim, niczym olbrzymia kula. – Widzę twoją złość. Dobrze, a teraz umrzyj z łaski swojej – powiedział i już miał wycelować dłonią w leżącego żołnierza, gdy ziemia pod nim samym rozeszła się na boki. Uderzył plecami o stół. Zabolało, gdy kręgosłup trafił na twarde drewno i zachrzęściło. – Nie! – wrzasnął kapitan i dotknął swojej klatki piersiowej prawą dłonią. Na niej Roy zauważył mały pierścień, a w nim okrągły karminowy kamień. Mógłby go ktoś pomylić z rubinem, ale wyglądał trochę inaczej, a Mustang już się z nim wielokrotnie zetknął. Ishval. Płonące domy. Zmiatane z powierzchni ziemi miasto. Nie mógł do tego dopuścić. Zajaśniał czerwony blask i po ciele kapitana przemknęły szkarłatne błyskawice – moc kamienia filozoficznego.
Pstryknął obiema rękoma, chociaż i tak był pewien, że tamten się zasłoni tarczą. Nie myliło go przeczucie, lecz płomienie zrobiły swoje. Płyny, które rozlał przeciwnik w czasie uderzenie w stół, były łatwopalne – w większości. Nieprzyjaciel wrzasnął, gdy płomienia objęły jego koszulę, a następnie spodnie i włosy. Zdążył jednał użyć Alchemii i wytworzyć wodę, która natychmiast zgasiła ogień znajdujący się na nim oraz chlapnęła na Mustanga. Rękawiczki przemokły, jak i cały mundur. Zaklął. Przeciwnik zaśmiał się i podniósł ze stołu.
– Myślałeś, że nie znam twoich słabości, Płomienny Alchemiku? – oznajmił z widoczną radością i pewnością zwycięstwa. – Nie wiem, jak udało ci się mnie przewrócić, lecz na pewno masz pochowane inne kręgi. Zgadza się?
– Nie – odpowiedział prosto i twardo Roy, wyciągnął pistolet i wystrzelił tylko raz. Kula nie doleciała do celu, rozpadła się na pyłek metr od przeciwnika, lecz płomienie już nie. Gazy wylotowe rozgrzały powietrze wokół pistoletu, a Alchemia Roya natychmiast zadziałała. Eksplozja objęła wroga i wybuchła zmieniając tylnią ścianę, za nim, w olbrzymią poczerniałą przestrzeń od dołu do góry. – Zabawne, jak ci mający kamień filozoficzny pięknie się palą – stwierdził z chytrym uśmieszkiem generał armii Amestris. Rozejrzał się po pomieszczeniu: klatki, pal, zakładnicy, żadnych wrogów. Dobrze.
– Czy któryś z was jeszcze w miarę żyje? – zapytał, spodziewając się odpowiedzi negatywnej. Nie dostał niczego innego oprócz ciszy. Zaklął i podszedł do klatek. Klaskał dłońmi i zmieniał zamek w poskręcane żelazo – z każdym tak zrobił. Po drodze schował szablę do pochwy. Na końcu zdjął z pala Rizę. Była przyczepiona łańcuchem za dłonie, wisiała kilka centymetrów nad podłogą. Po opuszczeniu jej usłyszał cichy kaszel za sobą. Odwrócił się i rozejrzał. Jeden więźniów oddychał i wyglądał, w miarę dobrze – ruszał się. Roy podszedł do niego, przyklęknął i popatrzył w oczy. – Wiesz, czy tutaj są inni więźniowie? – Skinął głową. – Na lewo od tego pomieszczenia, czy na prawo od wejścia? – Poruszył lewą ręką. – Dzięki – oznajmił Mustang, wyciągając z torby manierkę. Podał ją ishvalczykowi, ten łapczywie ją złapał, lecz pohamował się zaczął pić powoli.
Generał wstał i skierował się w dalszą część korytarza. Włączył latarkę i szedł powoli, z dłonią przy pistolecie. Rękawiczki szybko mu nie wyschną, tego był pewien. Za niedługo zobaczył światło pochodni, rozpoznał po ruszających się na boki cieniach, oraz klatki. Wiele cel z dziesiątkami więźniów, przeważnie Ishvalczyków, lecz nie tylko. Pootwierał wszystkie korzystając z Alchemii i starał się znaleźć kogoś kto mógłby ich poprowadzi do wyjścia.
Na samym końcu odkrył celę z mężczyzną w białym płaszczu. W świetle pochodni znajdującej się w uchwycie obok zobaczył jego twarz. Hughes! Już podnosił rękę, by spopielić homunkulusa, gdy omam zniknął i pojawił się starzec o podobnie spiczastej twarzy i okularach ze szkłami w kształcie prostokątów. Spojrzał na niego bacznie i schwytał stojącą przy ścianie laskę. Podniósł się z ziemi i powiedział:
– Widziałem twoje czyny. Mam nadzieję, że nie skończysz swoich działań jedynie nas puszczając samopas na rzeź.
– Nie – zaprzeczył powoli Roy, wiedział, że szybkie stwierdzanie faktu nakierowuje na negatywne spojrzenie odbiorcy. – Miałem nadzieję, że uda mi się wyciągnąć wszystkich i dowiedzieć się o eksperymentach, które tu prowadzono. Mam zamiar to wszystko zniszczyć. – Klasnął i uderzył w kłódkę. Rozleciała się niczym rzucony piasek na wietrze. Złapał za pręt klatki i otworzył drzwi.
– Opowiem ci wszystko, gdy już mnie stąd wyprowadzisz razem z resztą uwięzionych – zastrzegł starzec, nawet nie podnosząc głosu. Nadal mówił dokładnie i normalnie – jakby wypowiedział się na temat słonecznej pogody w upalne lato.
– Rozumiem. Nie ma tutaj więcej zakła… więźniów? – dokończył widząc lekki grymas na twarzy mężczyzny.
– Nie ma. Jednak jest też inny korytarz, który prowadzi do tajemnej mocy. Tak przynajmniej mówił ten alchemik, jak ty. – Mustang skinął głową i pobiegł do przodu, wiedząc, że starzec sobie poradzi. Był Ishvalczykiem, który najpewniej dowodził jakąś wioską. Widział paru takich – bez broni lepiej się do nich nie zbliżać, a i tak to mało może pomóc w walce.


cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz