środa, 8 stycznia 2014

Ciemności – IV

Od autora: Przykro mi, że dopiero teraz wrzucam kolejną część. Święta, sylwester i inne sprawy zabrały dużo czasu oraz chęci, lecz mam nadzieję już wrzucać regularnie.
Miłego czytania i najlepszego w Nowym Roku!

 – Jestem na stanowisku – odezwał się głos w słuchawce Roya, który stał w swoim mundurze i białym płaszczu, który chronił go przed piaskiem i słońcem. Schowane w kieszeniach wierzchniego ubrania dłonie w białych rękawiczkach powoli zaciskały się i otwierały. – Sokół patroluje.
– Gniazdo rozłożone – dodał Kain Fuery, będący obstawą Rizy Hawkeye, najlepszego snajpera w Amestris, według Roya i większości znajomych, która jeszcze żyła dzięki jej strzałom. – Bez odbioru.
Mustang wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Ogromne ciepło i wiatry bardzo często wytwarzały miraże, a tego wolałby alchemik uniknąć. Walka z imaginacją zawsze źle się kończy. Zaraz, tak jak się spodziewał, ukazały się lufy dział, a potem reszta pojazdów. Duże czołgi z karabinem maszynowym na wieżyczce i po obu bokach. Za nimi widać było maszerującą piechotę. Za chwilę odezwał się głos w słuchawce:
– Dwadzieścia czołgów i dwa bataliony piechoty. W pełni sprawne i gotowe do boju. W twoją stronę kieruje się samochód pancerny z kierowcą, pasażerem w mundurze z wysokimi oznaczeniami i jakiś stojący z tyłu, przy karabinie. – Za chwilę zobaczył dokładnie to co opisała i wyciągnął prawą rękę. Jak dojdzie do walki, to każda sekunda będzie się liczyć. A jego refleks może o tym zaważyć. – Chyba nie mają złych zamiarów, bo wojsko zatrzymało się. Jedynie samochód jedzie dalej. – Mógł go zmieść z powierzchni ziemi, a przynajmniej zmienić w tlący się wrak, gdyby zechciał. Jednak był generałem. Przede wszystkim chronił bezbronnych – mieszkańców, kraj, podkomendnych, a na koniec myślał o swoich zachciankach. – Będą przy tobie za minutę, jeśli nie zmienią tempa.
Nie zmienili i zatrzymali się dwadzieścia metrów od stojącego Roya. Z wozu wyszedł żołnierz. Szedł twardo i widać było, że nie przywykł do piasków pod stopami. Nadal wpadał w piach i niemiarowo rozkładał ciężar – bądź co, lecz nauki z Ishvalu na wiele się przydawały. Dowódca, który do niego podszedł, mógł mieć maksymalnie czterdzieści lat, ale Mustang strzelał, że jedynie z trzydzieści cztery – z powodu pracy tak wyglądał. Zaczekał aż tamten wyciągnie dłoń w białej rękawiczce. Generał. Uścisnął ją i dostrzegł zdziwienie na twarzy przeciwnika. Krąg Transmutacyjny musiał mu się źle kojarzyć – nie dziwił się. To Aerugo wspomagało rewolucję w Ishvalu, którą krwawo stłumiono siłami zbrojnymi, a dokończono robotę przy pomocy Alchemików, w tym Roya.
– Witam generale… – odezwał się spokojnym i czekającym na odpowiedź głosem przybyły.
– Mustang – podpowiedział alchemik i uniósł lewą brew do góry. Tak jak się spodziewał. Mężczyzna szybko dodał, niczym młody żołnierzyk, niedawno wyciągnięty z dowództwa:
– Generał Andrew Akin, dowódca piątego regimentu Aeurugo.
– Dziękuję za te wspaniałe informacje – pomyślał Roy. – Tak młody a już na takim wysokim stopniu. Brakuje im ludzi. – A powiedział zaś głośno: – Miło mi generale, że się spotykamy na tym jakże pięknym gruncie.
– Mi też.
– Słyszałem, że przybył pan swoimi oddziałami na tereny należące do Amestris. Czy się mylę?
– Naprawdę? Myślałem, że to tereny wolne. Nikogo nie widziałem, a strażnicze słupy były niewidoczne. Żadnych wojsk, nawet jakichkolwiek osad.
– Rozumiem – stwierdził Roy i usłyszał lekkie piknięcie w słuchawce, lecz nie zaciekawiło go to, bo generał natychmiast zaczął mówić dalej.
– Moje dowództwo uznało, że należy zająć te ziemie. A więc zostałem wysłany z innymi żołnierzami, by dokonać tego dzieła naszych wspaniałych taktyków. A to, że nie słyszy pan podkomendnych to właśnie jedno z naszych najlepszych narzędzi. Zagłuszacz fal radiowych. My wiemy na jakich częstotliwościach mamy rozmawiać, a pan?
– Jeśli myślicie, że się przestraszę tym, że moi żołnierze nie słyszą dowódcy, to muszę was zmartwić, ale oni sami sobie poradzą. Nawet lepiej bez mojego denerwującego zachowania – stwierdził z irytującym uśmieszkiem. Delikatnie złożył palce do pstryknięcie prawej ręki. Lewa nadal wsadzoną miał do kieszeni, myślał, że wystarczy mu jedna. Nie pomylił się. Pstryk, a potem błysk jasnych piorunów, które pomknęły w stronę wrogiego dowódcy i jego pojazdu, a potem wybuchły zmieniając wszystkich w dymiące szczątki. Z generała pozostał sam nadpalony szkielet, a samochód wybuchł w eksplozji, którą podtrzymało również paliwo w baku i przynajmniej dwa dodatkowe kanistry, gdyż dym, który wydobywał się w górę, był wielki i bardzo ciemny, wręcz czarny w piaskowym i nagrzanym powietrzu. – Mówiłem? Bardzo łatwo wpadam w złość – oznajmił strzepując niewidzialny kurz z lewego rękawa. Skierował się w stronę wrogów i dymu, który pod wpływem wiatru kierował się na zachód. Podejdzie o tej strony…

Wyszedł z czarnego dymu, który lekko załzawił jego oczy, ale niezbyt się tym zaniepokoił, bo zaraz usłyszał szybki ruch czołgów i wykrzykiwane rozkazy. Wiedział czego dotyczą. Przybyli sprawdzić co się stało, gdyż nie usłyszeli żadnego wystrzału, a samochód wybuchł. Mieli też zamiar sprawdzić co z dowódcą. Zawiedli by się mając nadzieję, że jeszcze żyje.
Jednak zaskoczyli go dogłębnie, gdy zatrzymali się dwieście metrów od niego i stanęli po prostu. Żadnego rozkazu do ataku, niczego. To go lekko zaszokowało, lecz był na tyle wyczulony, że pstryknął palcami, obydwu już, rąk i wytworzył płomienie, które spopieliły lecące na jego pozycje pociski artyleryjskie. Ich odłamki i siła eksplozji skierowana została w dół, na żołnierzy. Wybuchło kilka czołgów, duże straty w ludziach, ale Roy już był w ruchu i zanim się spostrzegli, klasnął w dłonie i uderzył nimi w piach, klękając. Ziemia zadrżała, a potem zapadła się pod wrogami. Czołgi i bataliony wpadły w pułapkę. Wszyscy zostali zasypani w dużej części piaskiem, a potem przybyły płomienie zmieniające wszystko w dymiące szczątki i zwęglone ciała. Uderzały po każdym pstryknięciu Roy, który stał nad przepaścią i uderzał to jedną, to drugą ręką, opuszczając je w dół – niczym w amoku.
Eksplozje płomienia sprawiedliwości trafiały wszystkich. Spalały nawet najbardziej oddalonych przeciwników. Niektórzy skrywali się pod czołgami i to był największy błąd jaki mogli uczynić. Zanim zmarli cierpieli ogromne katusze, gdy ciepły metal przypalał ich ciała, a potem i gorący piasek parzył oraz podpalał ubrania. Słońce bijące z góry swoimi ciepłymi promieniami dodatkowo usprawniało maszynę zniszczenia jaką był Płomienny Alchemik.
Ten stał i uderzał w każde miejsce. Niczego nie omijał. Spalał i zabijał każdego wroga Amestris, aż przed oczami stanęła mu Riza, która celowała w niego ze swojego pistoletu i nakazywała by się opanował. Teraz jej nie było. Wrzasnął pstrykając ostatni raz i płomienia ogarnęły cały dół. Zniszczyły wszystko. Odwrócił się i z łopoczącymi połami białego płaszcza skierował się do pozycji gniazda – oddalonego o kilometr wzgórza.

Szybko dobiegł do ustalonego miejsca. Rozejrzał się szukając śladów jakichkolwiek pojazdów. Niczego nie znalazł. Znowu klasnął w dłonie i przyłożył je do piasku. Wystrzelił w górę na słupie utworzonym dzięki Alchemii. Przez to, że widział Prawdę jego olbrzymie umiejętności jeszcze bardziej się powiększyły. Sześćdziesiąt metrów pokonał w parędziesiąt sekund. Zeskoczył i wylądował na samym czubku, a piasek, będący kolumną, rozpadł się na miliony drobinek i pomknął w dół oraz na boki przy pomocy wiatru.
Szybko zobaczył swojego drugiego adiutanta, który leżał na piasku obok aparatury nadawczej i na dodatek niedaleko niego leżał cały oddział; dwudziestu ogłuszonych żołnierzy. Mustang zaklął i rozpoczął się oglądać szukając śladów Rizy. Odkrył jedynie to, że z odcisków mógł wywnioskować: leżała na stanowisku strzelniczym i miała w rękach karabin snajperski. Musiał dowiedzieć się co się tutaj stało.
Podszedł do Fuery’ego i ocucił go bez problemu łącząc tlen z wodorem i wytwarzając ożywczą mgiełkę. Uderzył go też dwa razy w twarz. Nie miał czasu na zabawy.
– Żołnierzu, co tu się stało? – spytał, starając się utrzymać spokój i nie ukazać swojego zaniepokojenia o Hawkeye. Jednak musiał schować lewą rękę do kieszeni, by mu nie zadrżała.
– Nie wiem – odpowiedział zaskoczony i nadal niedowierzający Kain. Nieprzerwanie kręcił głową w niemej wątpliwości, który spływała na niego niczym wodospad. – Nagle poczułem ból z tyłu głowy, a potem… Czerń i widzę ciebie.
– Rozumiem. Wszystkich zaskoczyli? – Podkomendny skinął głową. – To źle. Bardzo źle, chociaż wiele z nich nie zostało. – Fuery zadrżał, najpewniej przypomniał sobie zdolności Płomiennego Alchemika. – Dobrze, a więc poszukajmy śladów. – Nie zobaczył żadnych śladów walki, ale się tym nie zmartwił. Dobry zabójca maskuje swoje znaki, ale Alchemia jest nauką, która pozwala na bardzo wiele. Klasnął dłońmi i uderzył w ziemię. Lekki piach podleciał do góry na dwadzieścia metrów, a wtedy ukazały się twarde grudki śladów butów oraz uśmiech Roya. Ten szybko skierował się po nich i odnalazł przejście, a dokładniej klapę z metalu, którą zamknięto i to bardzo dokładnie. Nie było możliwości podniesienia jej samemu, ale nie była żadną przeszkodą dla doświadczonego alchemika.
Szybkie klaśniecie dłońmi i przystawienie jednej do klapy, która natychmiast zamieniła się w proszek i popłynęła w dół niczym piasek, który ją otaczał. W środku widoczny był metalowy szyb z drabinką prowadzący w dół.
Roy wyciągnął latarkę z podręcznego zestawu dla żołnierza, torby z tyłu, i powoli zaczął schodzić w ciemność. Jedynym światłem było na razie to wpadające przez dziurę.
  

cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz