sobota, 11 stycznia 2014

Ciemności – VII

Od autora: To na razie koniec, lecz może on dalej się rozrosnąć.

Roy Mustang przebył drogę bardzo szybko. Złożył wizytę pomieszczeniu z Rizą – była cała i zdrowa, lecz nadal nieprzytomna. Poradził mężczyźnie, by postarał się pomóc wszystkim i wyprowadzić ich do pomieszczenia z kolumnami, tam mają zaczekać przy dziurze w suficie.
Sam ruszył nie tracąc chwil na zbędne rozmowy i spojrzenia. Wymaszerował trzymając już w dłoni pistolet i latarkę. Przeszedł obok skrzyżowania i skierował się dalej. Oglądał ściany i wyszukiwał czegokolwiek. Najmniejszych błędów lub nałożonych na siebie płytek – użycia Alchemii, lecz mógł ktoś to doskonale ukryć, byli i tacy zdolni użytkownicy tej nauki.
Natrafił po piętnastominutowym marszu na ścianę z kamienia. Litą ścianę, nie z cegły. To natychmiast nakierowało jego myśli i skojarzenia. Zwykły człowiek mógłby uznać, że po prostu do tego miejsca wybudowano ceglane ściany, lecz nie weteran. Schował pistolet i latarkę. Skupił się i klasnął dłońmi, a potem przyłożył je do litej ściany. Błysnęła oślepiająca jasność od błękitnych wyładowań, które objęły całą ścianę. Zajaśniało znowu i twardy kamień zaczął wprasowywać się w boczne ściany niczym otwierające się drzwi. Po chwili nie zostało po nich nic, oprócz małych prostokącików przy suficie, po środku – metrowa kreska. Nic więcej, łatwa do przeoczenia i prawdopodobnie uznana by była za zwykłe rozczepienie się cegieł. Alchemik o dużych zdolnościach mógł naprawdę wiele.
Bez zbytnich trudności dostał się do pomieszczenia ze schodami w dół. Jednak jedna myśl nie dawała mu spokoju, po co ktoś tworzyłby tak grubą ścianę do ukrycia… Czego?
To co zobaczył zaskoczyło go niezmiernie: tony broni, amunicji, bomb, granatów. Magazyn wojsk Aerugo. Mógł starczyć na co najmniej dwuletnią batalię z naprawdę dużą armią. Roy wiedział co trzeba z tym zrobić. Zabrał skrzynkę granatów i postawił je przy schodach. Sam podszedł do ściany i znowu użył Alchemii. Stworzył ogromną klatkę schodową z piaskowca – materiału miał pod dostatkiem. Nie odkrył jednak wyjścia. Został on zasłonięty piaskiem, który leżał na zewnątrz. Zabrał skrzynkę i na dodatek powrócił litą skałę na miejsce, tak by chroniła przed tym co mogło się wydarzyć. Wyczuł, że rękawiczki choć trochę przeschły. Pstryknął. Wytwarzał się ładunek, który błysnął w powietrzu – dobrze.
Przyniósł pojemnik z granatami do pokoju albo laboratorium. Obstawiał, że musiało to być to drugie, gdyż nie trzyma się w pokoju łatwopalnych środków i płynów we fiolkach. Rozłożył granaty na wszystkich stołach i klatkach. Część rozstawił we wszystkich celach. Miał zamiar zmienić wszystko co złe w perzynę, oprócz oczywiście kolumnowej sali i magazynu. Mogli później ją zbadać archeolodzy, a dawna wiedza się przydawała.

Spotkał wszystkich przy dziurze i stworzył z podłogi schody, by wycieńczeni więźniowie mogli wejść na górę. Z drabinką byłoby ciężko. Odebrał Rizę z rąk mężczyzny, który jako pierwszy się obudził w klatkach.
Roy ostatni wchodził na schody razem ze starcem, gdy znalazł się w dziurze pstryknął palcami. Płomienie popłynęły i trafiły. Usłyszał wybuchy, gdy się kierował do wyjścia. Podmuch nadszedł, kiedy już znajdował się przy drabinie prowadzącej na górę. Po boku zauważył schody, której musiano stworzyć Alchemią. Na jej poręczach widniały podobizny umięśnionego mężczyzny z wąsami. Alexa Louisa Armstronga – tylko on wyglądał tak potężnie i miał aż tak duże ego, by w każdym swoim działaniem ukazywać siebie samego.
Byli uratowani i wreszcie bezpieczni.



Ciąg dalszy może nastąpi.

2 komentarze:

  1. Nie satysfakcjonuje mnie koniec, chciałabym żebyś więcej dopowiedzial. ale to już twój wybór jako autora... pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zobaczymy, na razie nie mam pomysłu na To. Zobaczymy.

    OdpowiedzUsuń