Szybko znalazł się na ziemi, a dokładniej betonowej
podłodze, co go zaskoczyło. Ktoś zrobił idealną rurę pod wzgórzem, tylko gdzie prowadziła? Ponownie
stanął mu obraz z przeszłości. Olbrzymi labirynt znajdujący się pod Cental City
z homunkulusami i ich Ojcem, czyli najpotężniejszym stworzeniem, które uznało
się za boga i nawet doszło do tak olbrzymiego poziomu mocy, że wręcz potrafiło
tworzyć nowe gwiazdy i światy, lecz nadal utworzenie życia zdawało się
przewyższać możliwości jakiejkolwiek istoty chodzącej kiedykolwiek po świecie.
Roy rozejrzał się po pomieszczeniu i zapalił latarkę.
Prawą rękę podniósł do góry i złożył palce do pstryku, a lewą kierował światło
na całą okolicę. Nie zobaczył nic zaskakującego. Rura prowadziła do przodu.
Wyglądała jak wygięta rura, wsadzona w ziemię. Skierował się do przodu
rozmyślając nad tym, co może go tam spotkać.
Homunkulusów raczej nigdy więcej nie spotka, bo nikt
chyba nie jest aż tak głupi, by przyzwać istotę z innego wymiaru. Jednak kiedyś
był, a więc wszystko może się powtórzyć. Miał nadzieję, że tego nie dożyje.
Ponowne spotkanie Prawdy niezbyt, by go radowało. Powtórne rany i cierpienia,
które powodowała chęć zdobycia władzy nad kamieniem filozoficznym.
Nagle światło latarki odbijało się i wracało w jego
stronę, tak jakby rura się kończyła lub spadała. Sprawdził to i uśmiechnął się.
Dwadzieścia metrów w dół. – Jak oni przenieśli Rizę? – pomyślał, dotykając
ściany i tworząc sobie drabinkę do samej podłogi. Zszedł bez problemu, lecz
ciągle nasłuchiwał i oczekiwał ataku. Nie nadszedł.
Znalazł się dużym pomieszczeniu. Ogromny gmach został
całkowicie wybudowany z cegły o kolorze piasku. Ściany podtrzymywały kwadratowe
kolumny o szerokości dziesięciu metrów. Na nich znajdowały się jakieś napisy,
których jednak Mustang nie potrafił rozszyfrować, musiał być to naprawdę dawny
język. Kaligrafia wyskakiwała z jakichkolwiek poznanych systemów Amestris i
krajów ościennych.
Nagle doszedł go znany od bardzo dawna dźwięk – taki
odgłos wydaje tylko jedna czynność. Odskoczył w ostatniej chwili w bok i skrył
się za filarem, gdy niebieski rozbłysk przepłynął po całym korytarzu i uderzył
w miejsce, gdzie przed sekundą stał. Trafił mocno zmieniając całą drabinę i
okoliczny metr podłogi w dymiący krater. Alchemia. Więc miał do czynienia z
człowiekiem o podobnej profesji. Uśmiechnął się pstrykając prawą ręką i lewą
chowając latarkę.
Płomienie przelały się po całym gmachu zmiatając wszystko
w około, oprócz kolumn, które omijały i jedynie lekko nadszarpywały. Roy miał
olbrzymie doświadczenie bojowe, a wieloletnie szkolenia, które własnoręcznie
wymyślił i wykonywał, wzmocniły umiejętności alchemiczne, które podniosło
widzenie Prawdy. Potem Mustang klasnął dłońmi i położył je na kolumnie. Z jej
części zaczęła pojawiać się dziwna rzeźba, podobnej do niego postury. Zawiesił
na niej biały płaszcz i odskoczył w tył, chowając się za inną kolumnę.
Płomienie lały się korytarzami przez co najmniej dziesięć sekund – wystarczyło.
Za chwilę, tak jak się spodziewał, błyskawice uderzyły
w miejsce, gdzie znajdował się płaszcz – to był błąd. Roy szybko wypatrzył skąd
nadeszły i posłał tam eksplozję z obydwu rąk. Pstryknięcia rozeszły się po
całym gmachu, a ogień rozświetlał wszystko wokoło aż trafił na barierę, która i
tak go całkowicie nie zatrzymała. Łatwo dostrzegalne były niemałe kawały dwóch
kolumn, które się rozpadły na tysiące części, gdy energia rozeszła się na boki
po uderzeniu w tarczę.
– Słabe to było! – krzyknął mocny i twardy głos.
Musiał należeć do czterdziestoletniego mężczyzny, a przynajmniej tak wydawało
się Royowi. Wiedział, że ten ktoś nie był aż tak potężny, jak uważał. Gdyby
był, już dawno zostałaby z Mustanga kupka popiołu, a przynajmniej zostałby
przyparty do muru. Nie odpowiedział nic, kierując się w tamtą stronę. Powoli,
uważając na podłoże, by nie zgrzytnął nawet kamyczek. – Myślałem, że Płomienny
Alchemik potrafi coś więcej niż stworzenie światełek! Nawet nie wiesz z kim
masz do czynienia!
– Może – powiedział Roy, wychodząc zza filaru i
uśmiechając się z włączoną latarką, która dokładnie zaświeciła w oczy
napastnika. Generał mógł się przyjrzeć wrogowi. Ubrany w mundur Aerugo, zieleń
połączona z szarością, miał insygnia kapitana. Ciekawe? Skąd kapitan zostaje
alchemikiem? I to jeszcze korzystającym z takich umiejętności? To w Amestris
mogło być możliwe, lecz w Aerugo to było niezmiernie interesujące, ale Roy nie
miał na to czasu. Riza mogła być w niebezpieczeństwie – a on nigdy nie zostawiał
swoich ludzi na śmierć. Nigdy! Zauważył gest nieznajomego, który przypomniał mu
jedną osobę, która nie powinna tutaj być. Ishvalczyka – Scara. Ten nawet nie
mógł przebywać w tym miejscu, gdyż zajmował się odbudową miasta. Przypatrzył
się bardziej twarzy napastnika, nie przypominała lekko spalonego słońcem
człowieka o czerwonych tęczówkach.
Przez swoją ciekawość Roy stracił cenny efekt
zaskoczenia. Wróg zamachał się rękami i przysłonił jedną oczy, a drugą uderzył
w zniszczony filar po prawo. Zaczął pękać. Małe rysy rozeszły się po całej
kwadratowej kolumnie.
– Nie dobrze – pomyślał Mustang i odskoczył w
ostatniej chwili w tył, i schował się za filarem. – Zasrane wspomnienia!
Nagle wzbił się pył i kurz, a potem usłyszał
oddalający się szybki odgłos kroków. Wyjrzał i wtedy usłyszał wystrzał, a potem
dostrzegł gazy wylotowe. Skrył głowę, dokładnie w chwili, gdy pocisk odłupywał
część dawnego kamienia. Pstryknął palcami i ogień pomknął w tamtą stronę.
Wyjrzał delikatnie, z kucek, i dostrzegł, że w tamtą też stronę biegnie
korytarz. Wybiegł kierując się w kierunek uciekającego, i wyciągając prawą ręką
swoją szablę. Trochę ćwiczył i powinien sobie poradzić. A przynajmniej taką
miał nadzieję. Alchemia jednak zawsze mogła trochę pomóc.
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz