środa, 8 stycznia 2014

Ciemności – V

Szybko znalazł się na ziemi, a dokładniej betonowej podłodze, co go zaskoczyło. Ktoś zrobił idealną rurę pod wzgórzem, tylko gdzie prowadziła? Ponownie stanął mu obraz z przeszłości. Olbrzymi labirynt znajdujący się pod Cental City z homunkulusami i ich Ojcem, czyli najpotężniejszym stworzeniem, które uznało się za boga i nawet doszło do tak olbrzymiego poziomu mocy, że wręcz potrafiło tworzyć nowe gwiazdy i światy, lecz nadal utworzenie życia zdawało się przewyższać możliwości jakiejkolwiek istoty chodzącej kiedykolwiek po świecie.
Roy rozejrzał się po pomieszczeniu i zapalił latarkę. Prawą rękę podniósł do góry i złożył palce do pstryku, a lewą kierował światło na całą okolicę. Nie zobaczył nic zaskakującego. Rura prowadziła do przodu. Wyglądała jak wygięta rura, wsadzona w ziemię. Skierował się do przodu rozmyślając nad tym, co może go tam spotkać.
Homunkulusów raczej nigdy więcej nie spotka, bo nikt chyba nie jest aż tak głupi, by przyzwać istotę z innego wymiaru. Jednak kiedyś był, a więc wszystko może się powtórzyć. Miał nadzieję, że tego nie dożyje. Ponowne spotkanie Prawdy niezbyt, by go radowało. Powtórne rany i cierpienia, które powodowała chęć zdobycia władzy nad kamieniem filozoficznym.
Nagle światło latarki odbijało się i wracało w jego stronę, tak jakby rura się kończyła lub spadała. Sprawdził to i uśmiechnął się. Dwadzieścia metrów w dół. – Jak oni przenieśli Rizę? – pomyślał, dotykając ściany i tworząc sobie drabinkę do samej podłogi. Zszedł bez problemu, lecz ciągle nasłuchiwał i oczekiwał ataku. Nie nadszedł.

Znalazł się dużym pomieszczeniu. Ogromny gmach został całkowicie wybudowany z cegły o kolorze piasku. Ściany podtrzymywały kwadratowe kolumny o szerokości dziesięciu metrów. Na nich znajdowały się jakieś napisy, których jednak Mustang nie potrafił rozszyfrować, musiał być to naprawdę dawny język. Kaligrafia wyskakiwała z jakichkolwiek poznanych systemów Amestris i krajów ościennych.
Nagle doszedł go znany od bardzo dawna dźwięk – taki odgłos wydaje tylko jedna czynność. Odskoczył w ostatniej chwili w bok i skrył się za filarem, gdy niebieski rozbłysk przepłynął po całym korytarzu i uderzył w miejsce, gdzie przed sekundą stał. Trafił mocno zmieniając całą drabinę i okoliczny metr podłogi w dymiący krater. Alchemia. Więc miał do czynienia z człowiekiem o podobnej profesji. Uśmiechnął się pstrykając prawą ręką i lewą chowając latarkę.
Płomienie przelały się po całym gmachu zmiatając wszystko w około, oprócz kolumn, które omijały i jedynie lekko nadszarpywały. Roy miał olbrzymie doświadczenie bojowe, a wieloletnie szkolenia, które własnoręcznie wymyślił i wykonywał, wzmocniły umiejętności alchemiczne, które podniosło widzenie Prawdy. Potem Mustang klasnął dłońmi i położył je na kolumnie. Z jej części zaczęła pojawiać się dziwna rzeźba, podobnej do niego postury. Zawiesił na niej biały płaszcz i odskoczył w tył, chowając się za inną kolumnę. Płomienie lały się korytarzami przez co najmniej dziesięć sekund – wystarczyło.
Za chwilę, tak jak się spodziewał, błyskawice uderzyły w miejsce, gdzie znajdował się płaszcz – to był błąd. Roy szybko wypatrzył skąd nadeszły i posłał tam eksplozję z obydwu rąk. Pstryknięcia rozeszły się po całym gmachu, a ogień rozświetlał wszystko wokoło aż trafił na barierę, która i tak go całkowicie nie zatrzymała. Łatwo dostrzegalne były niemałe kawały dwóch kolumn, które się rozpadły na tysiące części, gdy energia rozeszła się na boki po uderzeniu w tarczę.
– Słabe to było! – krzyknął mocny i twardy głos. Musiał należeć do czterdziestoletniego mężczyzny, a przynajmniej tak wydawało się Royowi. Wiedział, że ten ktoś nie był aż tak potężny, jak uważał. Gdyby był, już dawno zostałaby z Mustanga kupka popiołu, a przynajmniej zostałby przyparty do muru. Nie odpowiedział nic, kierując się w tamtą stronę. Powoli, uważając na podłoże, by nie zgrzytnął nawet kamyczek. – Myślałem, że Płomienny Alchemik potrafi coś więcej niż stworzenie światełek! Nawet nie wiesz z kim masz do czynienia!
– Może – powiedział Roy, wychodząc zza filaru i uśmiechając się z włączoną latarką, która dokładnie zaświeciła w oczy napastnika. Generał mógł się przyjrzeć wrogowi. Ubrany w mundur Aerugo, zieleń połączona z szarością, miał insygnia kapitana. Ciekawe? Skąd kapitan zostaje alchemikiem? I to jeszcze korzystającym z takich umiejętności? To w Amestris mogło być możliwe, lecz w Aerugo to było niezmiernie interesujące, ale Roy nie miał na to czasu. Riza mogła być w niebezpieczeństwie – a on nigdy nie zostawiał swoich ludzi na śmierć. Nigdy! Zauważył gest nieznajomego, który przypomniał mu jedną osobę, która nie powinna tutaj być. Ishvalczyka – Scara. Ten nawet nie mógł przebywać w tym miejscu, gdyż zajmował się odbudową miasta. Przypatrzył się bardziej twarzy napastnika, nie przypominała lekko spalonego słońcem człowieka o czerwonych tęczówkach.
Przez swoją ciekawość Roy stracił cenny efekt zaskoczenia. Wróg zamachał się rękami i przysłonił jedną oczy, a drugą uderzył w zniszczony filar po prawo. Zaczął pękać. Małe rysy rozeszły się po całej kwadratowej kolumnie.
– Nie dobrze – pomyślał Mustang i odskoczył w ostatniej chwili w tył, i schował się za filarem. – Zasrane wspomnienia!
Nagle wzbił się pył i kurz, a potem usłyszał oddalający się szybki odgłos kroków. Wyjrzał i wtedy usłyszał wystrzał, a potem dostrzegł gazy wylotowe. Skrył głowę, dokładnie w chwili, gdy pocisk odłupywał część dawnego kamienia. Pstryknął palcami i ogień pomknął w tamtą stronę. Wyjrzał delikatnie, z kucek, i dostrzegł, że w tamtą też stronę biegnie korytarz. Wybiegł kierując się w kierunek uciekającego, i wyciągając prawą ręką swoją szablę. Trochę ćwiczył i powinien sobie poradzić. A przynajmniej taką miał nadzieję. Alchemia jednak zawsze mogła trochę pomóc.



cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz