środa, 8 stycznia 2014

Ciemności – V

Szybko znalazł się na ziemi, a dokładniej betonowej podłodze, co go zaskoczyło. Ktoś zrobił idealną rurę pod wzgórzem, tylko gdzie prowadziła? Ponownie stanął mu obraz z przeszłości. Olbrzymi labirynt znajdujący się pod Cental City z homunkulusami i ich Ojcem, czyli najpotężniejszym stworzeniem, które uznało się za boga i nawet doszło do tak olbrzymiego poziomu mocy, że wręcz potrafiło tworzyć nowe gwiazdy i światy, lecz nadal utworzenie życia zdawało się przewyższać możliwości jakiejkolwiek istoty chodzącej kiedykolwiek po świecie.
Roy rozejrzał się po pomieszczeniu i zapalił latarkę. Prawą rękę podniósł do góry i złożył palce do pstryku, a lewą kierował światło na całą okolicę. Nie zobaczył nic zaskakującego. Rura prowadziła do przodu. Wyglądała jak wygięta rura, wsadzona w ziemię. Skierował się do przodu rozmyślając nad tym, co może go tam spotkać.
Homunkulusów raczej nigdy więcej nie spotka, bo nikt chyba nie jest aż tak głupi, by przyzwać istotę z innego wymiaru. Jednak kiedyś był, a więc wszystko może się powtórzyć. Miał nadzieję, że tego nie dożyje. Ponowne spotkanie Prawdy niezbyt, by go radowało. Powtórne rany i cierpienia, które powodowała chęć zdobycia władzy nad kamieniem filozoficznym.
Nagle światło latarki odbijało się i wracało w jego stronę, tak jakby rura się kończyła lub spadała. Sprawdził to i uśmiechnął się. Dwadzieścia metrów w dół. – Jak oni przenieśli Rizę? – pomyślał, dotykając ściany i tworząc sobie drabinkę do samej podłogi. Zszedł bez problemu, lecz ciągle nasłuchiwał i oczekiwał ataku. Nie nadszedł.

Znalazł się dużym pomieszczeniu. Ogromny gmach został całkowicie wybudowany z cegły o kolorze piasku. Ściany podtrzymywały kwadratowe kolumny o szerokości dziesięciu metrów. Na nich znajdowały się jakieś napisy, których jednak Mustang nie potrafił rozszyfrować, musiał być to naprawdę dawny język. Kaligrafia wyskakiwała z jakichkolwiek poznanych systemów Amestris i krajów ościennych.
Nagle doszedł go znany od bardzo dawna dźwięk – taki odgłos wydaje tylko jedna czynność. Odskoczył w ostatniej chwili w bok i skrył się za filarem, gdy niebieski rozbłysk przepłynął po całym korytarzu i uderzył w miejsce, gdzie przed sekundą stał. Trafił mocno zmieniając całą drabinę i okoliczny metr podłogi w dymiący krater. Alchemia. Więc miał do czynienia z człowiekiem o podobnej profesji. Uśmiechnął się pstrykając prawą ręką i lewą chowając latarkę.
Płomienie przelały się po całym gmachu zmiatając wszystko w około, oprócz kolumn, które omijały i jedynie lekko nadszarpywały. Roy miał olbrzymie doświadczenie bojowe, a wieloletnie szkolenia, które własnoręcznie wymyślił i wykonywał, wzmocniły umiejętności alchemiczne, które podniosło widzenie Prawdy. Potem Mustang klasnął dłońmi i położył je na kolumnie. Z jej części zaczęła pojawiać się dziwna rzeźba, podobnej do niego postury. Zawiesił na niej biały płaszcz i odskoczył w tył, chowając się za inną kolumnę. Płomienie lały się korytarzami przez co najmniej dziesięć sekund – wystarczyło.
Za chwilę, tak jak się spodziewał, błyskawice uderzyły w miejsce, gdzie znajdował się płaszcz – to był błąd. Roy szybko wypatrzył skąd nadeszły i posłał tam eksplozję z obydwu rąk. Pstryknięcia rozeszły się po całym gmachu, a ogień rozświetlał wszystko wokoło aż trafił na barierę, która i tak go całkowicie nie zatrzymała. Łatwo dostrzegalne były niemałe kawały dwóch kolumn, które się rozpadły na tysiące części, gdy energia rozeszła się na boki po uderzeniu w tarczę.
– Słabe to było! – krzyknął mocny i twardy głos. Musiał należeć do czterdziestoletniego mężczyzny, a przynajmniej tak wydawało się Royowi. Wiedział, że ten ktoś nie był aż tak potężny, jak uważał. Gdyby był, już dawno zostałaby z Mustanga kupka popiołu, a przynajmniej zostałby przyparty do muru. Nie odpowiedział nic, kierując się w tamtą stronę. Powoli, uważając na podłoże, by nie zgrzytnął nawet kamyczek. – Myślałem, że Płomienny Alchemik potrafi coś więcej niż stworzenie światełek! Nawet nie wiesz z kim masz do czynienia!
– Może – powiedział Roy, wychodząc zza filaru i uśmiechając się z włączoną latarką, która dokładnie zaświeciła w oczy napastnika. Generał mógł się przyjrzeć wrogowi. Ubrany w mundur Aerugo, zieleń połączona z szarością, miał insygnia kapitana. Ciekawe? Skąd kapitan zostaje alchemikiem? I to jeszcze korzystającym z takich umiejętności? To w Amestris mogło być możliwe, lecz w Aerugo to było niezmiernie interesujące, ale Roy nie miał na to czasu. Riza mogła być w niebezpieczeństwie – a on nigdy nie zostawiał swoich ludzi na śmierć. Nigdy! Zauważył gest nieznajomego, który przypomniał mu jedną osobę, która nie powinna tutaj być. Ishvalczyka – Scara. Ten nawet nie mógł przebywać w tym miejscu, gdyż zajmował się odbudową miasta. Przypatrzył się bardziej twarzy napastnika, nie przypominała lekko spalonego słońcem człowieka o czerwonych tęczówkach.
Przez swoją ciekawość Roy stracił cenny efekt zaskoczenia. Wróg zamachał się rękami i przysłonił jedną oczy, a drugą uderzył w zniszczony filar po prawo. Zaczął pękać. Małe rysy rozeszły się po całej kwadratowej kolumnie.
– Nie dobrze – pomyślał Mustang i odskoczył w ostatniej chwili w tył, i schował się za filarem. – Zasrane wspomnienia!
Nagle wzbił się pył i kurz, a potem usłyszał oddalający się szybki odgłos kroków. Wyjrzał i wtedy usłyszał wystrzał, a potem dostrzegł gazy wylotowe. Skrył głowę, dokładnie w chwili, gdy pocisk odłupywał część dawnego kamienia. Pstryknął palcami i ogień pomknął w tamtą stronę. Wyjrzał delikatnie, z kucek, i dostrzegł, że w tamtą też stronę biegnie korytarz. Wybiegł kierując się w kierunek uciekającego, i wyciągając prawą ręką swoją szablę. Trochę ćwiczył i powinien sobie poradzić. A przynajmniej taką miał nadzieję. Alchemia jednak zawsze mogła trochę pomóc.



cdn.

Ciemności – IV

Od autora: Przykro mi, że dopiero teraz wrzucam kolejną część. Święta, sylwester i inne sprawy zabrały dużo czasu oraz chęci, lecz mam nadzieję już wrzucać regularnie.
Miłego czytania i najlepszego w Nowym Roku!

 – Jestem na stanowisku – odezwał się głos w słuchawce Roya, który stał w swoim mundurze i białym płaszczu, który chronił go przed piaskiem i słońcem. Schowane w kieszeniach wierzchniego ubrania dłonie w białych rękawiczkach powoli zaciskały się i otwierały. – Sokół patroluje.
– Gniazdo rozłożone – dodał Kain Fuery, będący obstawą Rizy Hawkeye, najlepszego snajpera w Amestris, według Roya i większości znajomych, która jeszcze żyła dzięki jej strzałom. – Bez odbioru.
Mustang wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Ogromne ciepło i wiatry bardzo często wytwarzały miraże, a tego wolałby alchemik uniknąć. Walka z imaginacją zawsze źle się kończy. Zaraz, tak jak się spodziewał, ukazały się lufy dział, a potem reszta pojazdów. Duże czołgi z karabinem maszynowym na wieżyczce i po obu bokach. Za nimi widać było maszerującą piechotę. Za chwilę odezwał się głos w słuchawce:
– Dwadzieścia czołgów i dwa bataliony piechoty. W pełni sprawne i gotowe do boju. W twoją stronę kieruje się samochód pancerny z kierowcą, pasażerem w mundurze z wysokimi oznaczeniami i jakiś stojący z tyłu, przy karabinie. – Za chwilę zobaczył dokładnie to co opisała i wyciągnął prawą rękę. Jak dojdzie do walki, to każda sekunda będzie się liczyć. A jego refleks może o tym zaważyć. – Chyba nie mają złych zamiarów, bo wojsko zatrzymało się. Jedynie samochód jedzie dalej. – Mógł go zmieść z powierzchni ziemi, a przynajmniej zmienić w tlący się wrak, gdyby zechciał. Jednak był generałem. Przede wszystkim chronił bezbronnych – mieszkańców, kraj, podkomendnych, a na koniec myślał o swoich zachciankach. – Będą przy tobie za minutę, jeśli nie zmienią tempa.
Nie zmienili i zatrzymali się dwadzieścia metrów od stojącego Roya. Z wozu wyszedł żołnierz. Szedł twardo i widać było, że nie przywykł do piasków pod stopami. Nadal wpadał w piach i niemiarowo rozkładał ciężar – bądź co, lecz nauki z Ishvalu na wiele się przydawały. Dowódca, który do niego podszedł, mógł mieć maksymalnie czterdzieści lat, ale Mustang strzelał, że jedynie z trzydzieści cztery – z powodu pracy tak wyglądał. Zaczekał aż tamten wyciągnie dłoń w białej rękawiczce. Generał. Uścisnął ją i dostrzegł zdziwienie na twarzy przeciwnika. Krąg Transmutacyjny musiał mu się źle kojarzyć – nie dziwił się. To Aerugo wspomagało rewolucję w Ishvalu, którą krwawo stłumiono siłami zbrojnymi, a dokończono robotę przy pomocy Alchemików, w tym Roya.
– Witam generale… – odezwał się spokojnym i czekającym na odpowiedź głosem przybyły.
– Mustang – podpowiedział alchemik i uniósł lewą brew do góry. Tak jak się spodziewał. Mężczyzna szybko dodał, niczym młody żołnierzyk, niedawno wyciągnięty z dowództwa:
– Generał Andrew Akin, dowódca piątego regimentu Aeurugo.
– Dziękuję za te wspaniałe informacje – pomyślał Roy. – Tak młody a już na takim wysokim stopniu. Brakuje im ludzi. – A powiedział zaś głośno: – Miło mi generale, że się spotykamy na tym jakże pięknym gruncie.
– Mi też.
– Słyszałem, że przybył pan swoimi oddziałami na tereny należące do Amestris. Czy się mylę?
– Naprawdę? Myślałem, że to tereny wolne. Nikogo nie widziałem, a strażnicze słupy były niewidoczne. Żadnych wojsk, nawet jakichkolwiek osad.
– Rozumiem – stwierdził Roy i usłyszał lekkie piknięcie w słuchawce, lecz nie zaciekawiło go to, bo generał natychmiast zaczął mówić dalej.
– Moje dowództwo uznało, że należy zająć te ziemie. A więc zostałem wysłany z innymi żołnierzami, by dokonać tego dzieła naszych wspaniałych taktyków. A to, że nie słyszy pan podkomendnych to właśnie jedno z naszych najlepszych narzędzi. Zagłuszacz fal radiowych. My wiemy na jakich częstotliwościach mamy rozmawiać, a pan?
– Jeśli myślicie, że się przestraszę tym, że moi żołnierze nie słyszą dowódcy, to muszę was zmartwić, ale oni sami sobie poradzą. Nawet lepiej bez mojego denerwującego zachowania – stwierdził z irytującym uśmieszkiem. Delikatnie złożył palce do pstryknięcie prawej ręki. Lewa nadal wsadzoną miał do kieszeni, myślał, że wystarczy mu jedna. Nie pomylił się. Pstryk, a potem błysk jasnych piorunów, które pomknęły w stronę wrogiego dowódcy i jego pojazdu, a potem wybuchły zmieniając wszystkich w dymiące szczątki. Z generała pozostał sam nadpalony szkielet, a samochód wybuchł w eksplozji, którą podtrzymało również paliwo w baku i przynajmniej dwa dodatkowe kanistry, gdyż dym, który wydobywał się w górę, był wielki i bardzo ciemny, wręcz czarny w piaskowym i nagrzanym powietrzu. – Mówiłem? Bardzo łatwo wpadam w złość – oznajmił strzepując niewidzialny kurz z lewego rękawa. Skierował się w stronę wrogów i dymu, który pod wpływem wiatru kierował się na zachód. Podejdzie o tej strony…

Wyszedł z czarnego dymu, który lekko załzawił jego oczy, ale niezbyt się tym zaniepokoił, bo zaraz usłyszał szybki ruch czołgów i wykrzykiwane rozkazy. Wiedział czego dotyczą. Przybyli sprawdzić co się stało, gdyż nie usłyszeli żadnego wystrzału, a samochód wybuchł. Mieli też zamiar sprawdzić co z dowódcą. Zawiedli by się mając nadzieję, że jeszcze żyje.
Jednak zaskoczyli go dogłębnie, gdy zatrzymali się dwieście metrów od niego i stanęli po prostu. Żadnego rozkazu do ataku, niczego. To go lekko zaszokowało, lecz był na tyle wyczulony, że pstryknął palcami, obydwu już, rąk i wytworzył płomienie, które spopieliły lecące na jego pozycje pociski artyleryjskie. Ich odłamki i siła eksplozji skierowana została w dół, na żołnierzy. Wybuchło kilka czołgów, duże straty w ludziach, ale Roy już był w ruchu i zanim się spostrzegli, klasnął w dłonie i uderzył nimi w piach, klękając. Ziemia zadrżała, a potem zapadła się pod wrogami. Czołgi i bataliony wpadły w pułapkę. Wszyscy zostali zasypani w dużej części piaskiem, a potem przybyły płomienie zmieniające wszystko w dymiące szczątki i zwęglone ciała. Uderzały po każdym pstryknięciu Roy, który stał nad przepaścią i uderzał to jedną, to drugą ręką, opuszczając je w dół – niczym w amoku.
Eksplozje płomienia sprawiedliwości trafiały wszystkich. Spalały nawet najbardziej oddalonych przeciwników. Niektórzy skrywali się pod czołgami i to był największy błąd jaki mogli uczynić. Zanim zmarli cierpieli ogromne katusze, gdy ciepły metal przypalał ich ciała, a potem i gorący piasek parzył oraz podpalał ubrania. Słońce bijące z góry swoimi ciepłymi promieniami dodatkowo usprawniało maszynę zniszczenia jaką był Płomienny Alchemik.
Ten stał i uderzał w każde miejsce. Niczego nie omijał. Spalał i zabijał każdego wroga Amestris, aż przed oczami stanęła mu Riza, która celowała w niego ze swojego pistoletu i nakazywała by się opanował. Teraz jej nie było. Wrzasnął pstrykając ostatni raz i płomienia ogarnęły cały dół. Zniszczyły wszystko. Odwrócił się i z łopoczącymi połami białego płaszcza skierował się do pozycji gniazda – oddalonego o kilometr wzgórza.

Szybko dobiegł do ustalonego miejsca. Rozejrzał się szukając śladów jakichkolwiek pojazdów. Niczego nie znalazł. Znowu klasnął w dłonie i przyłożył je do piasku. Wystrzelił w górę na słupie utworzonym dzięki Alchemii. Przez to, że widział Prawdę jego olbrzymie umiejętności jeszcze bardziej się powiększyły. Sześćdziesiąt metrów pokonał w parędziesiąt sekund. Zeskoczył i wylądował na samym czubku, a piasek, będący kolumną, rozpadł się na miliony drobinek i pomknął w dół oraz na boki przy pomocy wiatru.
Szybko zobaczył swojego drugiego adiutanta, który leżał na piasku obok aparatury nadawczej i na dodatek niedaleko niego leżał cały oddział; dwudziestu ogłuszonych żołnierzy. Mustang zaklął i rozpoczął się oglądać szukając śladów Rizy. Odkrył jedynie to, że z odcisków mógł wywnioskować: leżała na stanowisku strzelniczym i miała w rękach karabin snajperski. Musiał dowiedzieć się co się tutaj stało.
Podszedł do Fuery’ego i ocucił go bez problemu łącząc tlen z wodorem i wytwarzając ożywczą mgiełkę. Uderzył go też dwa razy w twarz. Nie miał czasu na zabawy.
– Żołnierzu, co tu się stało? – spytał, starając się utrzymać spokój i nie ukazać swojego zaniepokojenia o Hawkeye. Jednak musiał schować lewą rękę do kieszeni, by mu nie zadrżała.
– Nie wiem – odpowiedział zaskoczony i nadal niedowierzający Kain. Nieprzerwanie kręcił głową w niemej wątpliwości, który spływała na niego niczym wodospad. – Nagle poczułem ból z tyłu głowy, a potem… Czerń i widzę ciebie.
– Rozumiem. Wszystkich zaskoczyli? – Podkomendny skinął głową. – To źle. Bardzo źle, chociaż wiele z nich nie zostało. – Fuery zadrżał, najpewniej przypomniał sobie zdolności Płomiennego Alchemika. – Dobrze, a więc poszukajmy śladów. – Nie zobaczył żadnych śladów walki, ale się tym nie zmartwił. Dobry zabójca maskuje swoje znaki, ale Alchemia jest nauką, która pozwala na bardzo wiele. Klasnął dłońmi i uderzył w ziemię. Lekki piach podleciał do góry na dwadzieścia metrów, a wtedy ukazały się twarde grudki śladów butów oraz uśmiech Roya. Ten szybko skierował się po nich i odnalazł przejście, a dokładniej klapę z metalu, którą zamknięto i to bardzo dokładnie. Nie było możliwości podniesienia jej samemu, ale nie była żadną przeszkodą dla doświadczonego alchemika.
Szybkie klaśniecie dłońmi i przystawienie jednej do klapy, która natychmiast zamieniła się w proszek i popłynęła w dół niczym piasek, który ją otaczał. W środku widoczny był metalowy szyb z drabinką prowadzący w dół.
Roy wyciągnął latarkę z podręcznego zestawu dla żołnierza, torby z tyłu, i powoli zaczął schodzić w ciemność. Jedynym światłem było na razie to wpadające przez dziurę.
  

cdn.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Ciemności – III

Od autora: Przykro mi, że z przyczyn całkowicie ode mnie niezależnych, nie udało mi się wrzucić tej części wczoraj. Wszystko z powodu walki dla Imperatora.


Kain Fuery był żołnierzem Amestris o stopniu majora i drugim adiutantem generała Roya Mustanga Państwowego Alchemika. Również z nim wielokrotnie wpadał w tarapaty, ale jak na razie wychodził z nich bez większego szwanku.
A teraz ubrany w mundur i stojący na baczność przed namiotem, czekał na generała, który właśnie wychodził. Dowódca skinął mu głową i czekał na raport. Kain trzymał w dłoniach notatnik, ale uśmiechnął się i stwierdził, bez czytania:
– Nie będę owijał w bawełnę generale. Aerugo wykonało ruch pierwsze i przeszło armią przez nasze granice. Tak jak się spodziewaliśmy. – Tutaj przestał się uśmiechać i przybrał obojętną minę. – Szpiedzy również donoszą, że ich liczba to dwadzieścia tysięcy wojsk piechoty i przynajmniej dwieście czołgów. Nie wiadomo ile przybyło wozów pancernych ani innych pojazdów. Są to w większości szacunkowe dane.
– Rozumiem – odparł Roy i rozejrzał się po obozie. Zauważył żołnierzy, nie w pełni ubranych, który biegli tak prędko, że nie zauważali generała. Ten uśmiechnął się i pstryknął palcami. Trzask płomienia, który uderzył nad flagą, po środku obozowiska, zatrzymał wszystkich w miejscu. Nie każdy z nich widział na własne oczy zdolności nowomianowanego generała Mustanga, lecz wszyscy słyszeli o umiejętnościach tego Państwowego Alchemika. – Proszę się uspokoić! – krzyknął i uśmiechnął się kącikiem ust. – Ktoś mi wyjaśni co tutaj się, do kurwy nędzy, dzieje?!
– Sir, żołnierze wroga są czterdzieści kilometrów stąd – odpowiedział jakiś podkomendny, jeden z sierżantów, i zasalutował. Reszta poszła za jego przykładem. Roy odpowiedział takim samym, pewnym ruchem. – Usłyszeliśmy, że natychmiastowo mamy się przygotować do obrony granic.
– Kto to zakomenderował?
– Nie jestem pewien, sir. Prawdopodobnie ktoś z kapitanów. Ja samemu usłyszałem to od porucznika Stocka.
– A on gdzie jest?
– Na północnych murach Briggs – odpowiedziała Riza, jak zawsze doskonale poinformowana. – Ktoś was okłamywał, sierżancie, i to w bardzo łatwy sposób. Taki żołnierz u nas nie stacjonuje.
– Według pism, niedawno doszedł do tej jednostki, lecz wczoraj został wypisany z przyczyn nieznanych – wytłumaczył Kain, starając się opanować lekkie drżenie dłoni. Przypominały mu się nie tak dawne dzieje z homunkulusami. Jeden z nich potrafiły zmieniać swój wygląd. – Tylko nie wiem jak to się stało, bo pismo przyszło dwa dni temu z Central City i mówiło o przyłączeniu do oddziału sierżanta Hakinsona, a ponad to wczoraj został on odłączony, nawet nie przybywając do obozu.
– Nikt tego nie sprawdził? – spytał generał, starając się ukryć gniew, który w nim kipiał niczym wulkan. Envy! Ponownie stanął mu przed oczami potrafiący zmieniać postać homunkulus. – Naprawdę nikt?
– Przepraszam sir, ale uznaliśmy to za zwykły błąd Central City, który czasami się zdarza – stwierdził Fuery i opuścił głowę.
– Dobra – burknął Roy i ścisnął pięść. – Jak już zaczęliśmy przygotowani do wojny, a może i lepiej, ale jednak wróg jest daleko stąd. Zanim przybije do naszego obozu minie kilka godzin, a jak porusza się pieszo to dłużej. Niech szpiedzy sprawdzą wszystkie okoliczne wioski i tereny. Chcę znaleźć teren wzgórzowy z pustym terenem dla przeciwnika. – Kain skinął głową i pobiegł w stronę dużego namiotu. Mustang spojrzał na Rizę. Tak jak zawsze, opanowana i pewna swoich działań, oczekiwała na rozkazy. – Kapitanie, znajdźcie mi wszystkich wyższych dowódców i wyślijcie do namiotu dowódczego. Mam mieć wszystkich za piętnaście minut, razem z wami. Ponad to, – zwrócił się do żołnierzy na placu – ubierzcie się dokładniej i natychmiast stawić mi się na musztrę za dziesięć minut. Ruszać się!

– Pułkowniku Armstrong, naprawdę mógłby pan przestać być aż tak widoczny – stwierdził Roy z chytrym uśmieszkiem, gdy patrzył na stojącego przy stole olbrzyma. Jego głowa znajdowała się niedaleko samego szczytu namiotu dowodzenia, a postura przerastała każdego z przebywających wewnątrz; trzech kapitanów, w tym Hawkeye, pułkownika i generała Mustanga. – Mam nadzieję, że pański oddział zostanie moim wsparciem w czasie wyprawy wgłęb terytorium. Myślę, że nie będę potrzebował pańskich umiejętności, ale nigdy nie wolno nie doceniać przeciwnika.
– Zgadzam się – odpowiedział Alex Louis Armstrong i skinął głową. Blond włosy leżały w doskonałej fryzurze, oprócz jednego loczka, który z przodu się zakręcił nad czołem. Potężne mięśnie, skryte pod mundurem, wyglądały bardzo męsko, a w szczególności olbrzymi wzrost i umięśnienie łączyły się w doskonały kształt, niczym kamienna rzeźba wspaniałego artysty, którym Louis w części był. – Mam nadzieję, że nie będzie trzeba pozabijać tych ludzi, lecz jeśli nie będzie wyboru, nie zawaham się.
– Doskonale – stwierdził Mustang i skierował się w stronę wyjścia z pełnym zdecydowaniem na twarzy.
Wszyscy dowódcy, oprócz dwóch, spojrzeli na niego z zaskoczeniem tak wielkim, że drugi pułkownik w ostatniej chwili spytał:
– A my co mamy robić?
– Bronić obozu, poradzę sobie – odpowiedział spokojnie Roy i wymaszerował ze swoim adiutantem. Potem wyszedł pułkownik Armstrong, a reszta dowódców nie wiedziała co robić z tym dylematem. Pomyśleli, że generał jest przynajmniej chory lub nawet permanentnie szalony.


cdn.

niedziela, 15 grudnia 2013

Ciemności – II

Od autora: Dalsza część opowiadania. Jeśli chcecie większe części, pisać w komentarzach. Miłego czytania.


Jasne światło i szmery budzącego się obozu wznowiły ponownie świadomość Roya. Otworzył oczy i rozejrzał się. Przez górną szparę w płachtach wejścia do namiotu wlewało się przyjemne oświetlenie słońca. Przyświecało na leżącą obok niego, wreszcie nagą, Rizę. Jej opadające na poduszkę włosy wręcz oślepiały w promieniach gwiazdy, a ponad to, jej piękne, wyrzeźbione przez fizyczne ćwiczenia i samoistną wspaniałość, ciało przebywało przykryte tylko w dolnej połowie przez lniany koc. Na plecach widoczny był czerwony tatuaż. Skomplikowany wzór posiadał również dwa wytarcia na samej górze, które przeszkadzały w zrozumieniu całości. Tam właśnie skrywał się pełen sekret Alchemika Płomieni, który pozostawił jej ojciec. Można było uważać, że ten znak szpeci tylną część ciała, lecz Royowi to nie przeszkadzało. Nawet jeszcze bardziej pogłębiało jego podziw i zauroczenie Rizą, dzięki której zyskał swoją olbrzymią moc.
Wyciągnął dłoń i delikatnie przejechał palcami cały znak, wiedział co on oznacza i co skrywają zatarte fragmenty. Uśmiechnął się, cofając dłoń, gdy znalazła się niedaleko jej bioder, bo kobieta cicho jęknęła przez sen.
Usłyszał również szybkie kroki i krzyki oznaczające przyspieszone budzenie żołnierzy. Pomyślał, że nie mogło być aż tak wcześnie… Słońce nie świeciło tak mocno. Przewrócił się na bok i wyciągnął rękę po leżący na półce zegarek. Zegarek „Cebula” z wytłoczonym smokiem został zrobiony z posrebrzanej stali. Sam był przewieszany przez drobny łańcuszek. Nacisnął jedyny przycisk, który podnosił klapkę i ukazywał tarczowy blat z dwunastoma cyframi. Wskazywał siódmą pięćdziesiąt dwa. Z lekkim zaskoczeniem i smutkiem dotknął ramienia Rizy bez zbytniej czułości. Nie było czasu. Musztra miała się dzisiaj zacząć o dziewiątej.
Odwróciła w jego stronę głowę, już obudzona – domyślił się, że też wyrwały ją z objęć snu odgłosy z obozu. Kiwnęła nieznacznie i natychmiast podniosła się, i rozpoczęła pospiesznie ubieranie. Nie musiała daleko szukać. Co jakiś czas jednak rzucała ubraniami do góry na Roya, który niepocieszony, rozpoczął się przebierać, ale miał w tyle głowy inny plan spędzenia tego czasu.

Teraz stała przed nim w pełnym mundurze z oficerskimi oznaczeniami stopnia kapitana. Z zapiętymi w kucyk z tyłu włosami wyglądała nienagannie i wspaniale, jednak nieprzerwanie w głowie Mustanga przelatywały obrazy żołnierek w miniówkach – ach te marzenia. Szybko samemu przebrał się w generalski mundur, w takim jak ona kolorze ciemnego błękitu, i przyczepił do pasa kaburę z pistoletem. Poszukał swoich rękawiczek i natychmiastowo spojrzał do tyłu na metalową teczkę leżącą pod łóżkiem. Uśmiechnął się, widząc ją nienaruszoną i w tym miejscu, gdzie powinna być.
– Idziemy panie pułkowniku? – spytała, z uśmiechem wymawiając ostatni wyraz. Schowała umiejętnie trzy pistolety do kabur, jeden z tyłu, i podeszła do ściany namiotu. Podniosła ciemną pochwę z wsadzoną szpadą – jednym z oznaczeń generała. Podała ją Royowi, który z uśmiechem przywiązał ją do pasa po lewej stronie. Wyciągnął białe rękawiczki z kieszeni i założył je wpatrując się w wytłaczany, czerwony, skomplikowany Krąg Transmutacyjny. – Generale? – zapytała już bardziej twardym głosem.
– Oczywiście – odparł Roy i schował swój srebrny zegarek do kieszeni munduru. Z podniesioną brwią wskazał jej wyjście. – Pani pierwsza.
– Jasne. – Wyszła spokojnym i żołnierskim krokiem. Jej kita kołysała się na boki w czasie poruszenia, a tyłek, na który Mustang patrzył z utęsknieniem, nagle zatrzymał się i wykręcił. Jej twarz nie przypominała wieczornego, radosnego nastroju. Generał poprawił się i popatrzył do przodu, na wyjście. I szybko wymaszerował z namiotu czując nad sobą badawczy i twardy wzrok ukochanej.


cdn.

niedziela, 8 grudnia 2013

Ciemności – I

Od autora: Rozmyślałem długo i nawet wpadłem na pomysł, że... Czemu nie? Przecież ja też mam prawo, czyż nie? Jak mówią tacy ciekawi osobnicy: „Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone.”


Znowu ciemno. Wszędzie czerń. Brak wiatru i ból. Permanentny ból oczu, które przestały widzieć. Cierpienie spowodowane utratą części duszy. Części, która została zabrana siłą. Zrabowana przez Moc, której nie potrafił kontrolować. Potęgę wychodzącą ponad normalność. Nawet jego, alchemika.
Ponowna zmiana miejsca, nadal czerń, lecz powiew wiatru uderza w jego odsłoniętą twarz i oziębia dłonie, skryte za rękawiczkami, które przesiąknięte były krwią. Wiedział, pamiętał, że miały kolor czystej bieli z czerwonym Kręgiem Transmutacyjnym, dzięki któremu wzywał płomienie. Tak i teraz, pstrykał palcami lewej dłoni, by wyzwolić potęgę Alchemii, jego siłę: „najpotężniejszą odmianę Alchemii” – jak mawiał dawny mistrz.
Potem obraz znowu się zamazał i przemienił. Leżał w szpitalnym łóżku, to pamiętał, i uczył się ponownie wiedzy o Ishvalu – państwie, które miało się odbudować i jego zamiarem było mu w tym pomóc. Następnie ukazała się brama. Duże, czarne, kamienne wrota rozpoczęły się otwierać i wciągnęły go do środka. Płynął ponownie w tonach wiedzy i historii. Tam, gdzie mieszała się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Prawda.
Obudził się zlany potem, który wręcz był niczym małe, lodowe igły wpijające się w ciało. Podniósł się z posłania i w blasku księżyca wpadającego przez szparę w wejściu znalazł swoje spodnie i koszule. Zasznurował buty i wyszedł na zewnątrz.
Pierwszą rzeczą, która rzuciła mu się w oczy była chorągiew. Z łopoczącą na wietrze flagą Amestris, białego smoka na zielonym tle. Wzmagała wspomnienia. Natychmiast pojawiła się przed nim postać Kinga Bradleya, który przebijał go swoimi ostrzami. Ręce nadal, czasami bolą go rankiem. Uśmiechnął się smutno, gdy stanął mu przed oczami obraz Envyego. Potwora stworzonego dzięki Alchemii, tak zwanego homunkulusa, który pod postacią Maesa Hughesa starał się go zabić. Jednak był przygotowany na taki atak i spopielił wroga. Wymęczył go tak bardzo, że pozostał malutkim zwierzaczkiem, który wręcz natychmiastowo obrzydzał i odrzucał. Miał wtedy też popaść w objęcia obłędu, pasję zabijania i zemsty, której nigdy by nie zaspokoił. Jednak uratowała go znajoma. Nie dane mu było o tym dłużej rozmyślać, bo teraz w pamięci ukazała się postać dwójki braci Elric: Ed i Al. Obydwu znał osobiście i to bardzo dobrze, rozumiał nawet ich złe działania i złość, która wtedy w nich była. Teraz wiedział o wiele więcej.
Wsadził ręce do kieszeni spodni i wyczuł je. Tak, swoje białe rękawiczki. Jego rękawiczki, dzięki którym władał Alchemią Płomieni. Dlatego też nazywany był: Royem Mustangiem Płomiennym Alchemikiem.
– Roy, o czym rozmyślasz? – Usłyszał głos, który wyciągnął go wtedy z obłędu i teraz nieprzerwanie nakierowuje. Nie daje mu spaść, lecz nawet podnosi po potknięciu. Odwrócił głowę i spojrzał na nią. Jednak zaskoczyła go jej „ubraniość”. Stała w spodniach i białej koszuli zapiętej aż po szyję, miał nadzieję ją dojrzeć w innym ubiorze. A dokładniej w jego braku lub dużym niedobycie. Blond włosy leżały w rubasznym nieładzie. Uśmiechnął się i spojrzał do góry, na księżyc, który powoli zaczął się chylić ku horyzontowi. Niezachwianej zmianie z nocy na dzień. Roześmiał się przypominając sobie któreś z humorystycznych zdarzeń jego życia z generałem brygady Maesem Hughesem. Generałem, który został nim pośmiertnie, lecz wtedy Roy był zwykłym pułkownikiem. Podwładnym, który dostał kilka lat wcześniej obietnicę od Maesa: „Zawsze będę cię wspierał będąc pod tobą”. A umarł będąc ponad nim, podniesiony o dwa stopnie. Z podpułkownika na generała brygady.
Odwrócił się do znajomej, ukochanej Rizy Hawkeye. Może jeszcze zrzuci z niej te niepotrzebne ubranie. Poszedł w stronę namiotu i przytulił ją mocno. Wtuliła się w niego, bez względu na to, że był od niej wyższy stopniem. Teraz nie obchodziło jej to ani trochę, to ona wyciągnęła go z bajzlu w jaki wpadł i dała mu olbrzymie możliwości. To dzięki niej został Płomiennym Alchemikiem. Uśmiechnęła się i pozwoliła skierować do wnętrza namiotu, lecz wcześniej zasunęła mocniej płachty materiału wejścia, by nikt im nie przeszkadzał.


cdn.