sobota, 26 października 2013

Najciemniejszy budynek

Od autora: Mam nadzieję, że się spodoba. Jeśli tak, to może napiszę ciąg dalszy tej historii.


Policjant widział tego mężczyznę pierwszy raz w życiu. Ubrany w ciemny płaszcz do kolan, z pięcioma zapiętymi guzikami po środku, szedł żwawym krokiem po chodniku. W czasie poruszania materiał odbijał się od nóg i ukazywał skryty pod wierzchnim odzieniem sztylet. Zamszowe spodnie, również mrocznego koloru, nie opinały za bardzo nóg, ale też nie fruwały na boki, gdyż włożone miał je w skórzane buty o długiej cholewie – to były czarne kozaki z dwoma stalowymi klamerkami pomiędzy nogami. Dłonie trzymał w kieszeniach płaszcza. Szyję skrywał długi, prosty kołnierz do żuchwy. Twarz wyglądała na normalną, niczym niecodzienną. Widoczną różnicą były długie, ciemne włosy do ramion i błękitne oczy.
Policjant miał naprawdę wyczulony zmysł postrzegania, dzięki dwudziestu latom służby. Zauważył przez to szybki chód i zawziętość mężczyzny w płaszczu. Wiedział, z kim ma do czynienia. Osoba o ważnym zadaniu, która chce zrobić coś dokładnie. Jednak nie mógł na to pozwolić, dostał rozkaz od przełożonego.
– Proszę się zatrzymać i odejść – rozkazał stając przed wejściem do budynku i drzwi zaplombowanych żółtą taśmą z napisem: Wstęp wzbroniony. Kształt "X" natychmiastowo uzmysławiał wszystkim, że nie wolno tu wchodzić, lecz ten facet chyba tego nie zrozumiał, bo szedł dalej, nawet nie zwracając uwagi na mundurowego. Patrzył w dal, na okno nad wejściem. – Proszę się zatrzymać – ponowił nakaz policjant i wtedy niefortunnie położył dłoń mężczyźnie na ramieniu. Ten nawet nie zatrzymując się, złapał za rękę policjanta i wykręcił ją, a potem podbił kolanem. Funkcjonariusz padł na ziemię i jęczał czując, że jakiekolwiek poruszenie spowoduje olbrzymi ból.
– To tylko wybicie – stwierdził osobnik w płaszczu przechodząc przez drzwi, bez otwierania ich. Nawet nie zdarł taśmy, po prostu ją przeniknął, lecz policjantowi niedane było o tym rozmyślać dłużej, zemdlał.

– Wiesz, że i tak zawsze cię widzę? – zapytał głos, który mógł należeć do osoby jedynie w wieku bliższym dwudziestce piątce: silny i odważny, bez cienia zawahania –kogoś z misją.
– Zapewne – odpowiedział ktoś z góry, jakby z sufitu i podłoża jednocześnie. Określenie skąd dochodził dźwięk było prawie niemożliwe, ale kto mówił, że niewykonalne.
– Znowu bawisz się w kotka i myszkę, Michale?
– Nie, po prostu czasami zapominam, że rozmawiam z tobą. – Tu nastała pauza, którą wykorzystał mężczyzna na rozejrzenie się po pomieszczeniu. Znajdował się w dużym holu prowadzącym do dwóch korytarzy. Jeden najpewniej kierował do restauracji, a drugi do schodów i windy oraz recepcji. Był przecież w hotelu.
Oświetlały wszystko jasne lampy zawieszone u sufitu, które teraz nie dawały żadnego światła. Wszystko topiło się w czerni. Mężczyzna nie mógł dostrzec nic oprócz szarych konturów tworzących się dzięki wpadającemu przez okna światłu księżyca w pełni. Nie zobaczył ani złoconych kandelabrów, ani wspaniałych zdobionych wzorami w kształcie bluszczu kolumn, ani portali prowadzących do korytarzy. Jedynie meble ustawione na, teraz bezkolorowych, dywanach widoczne były dzięki światłu w taki sposób, by się nie potykać, ale nic więcej.
– Nie wszystkim podoba się to, co robisz na Ziemi – oznajmił po chwili ciszy ktoś nazwany Michałem. Ponownie głosu nie dało się umiejscowić. Mężczyzna skierował się w stronę recepcji, na wprost. – Egzorcyzmowanie, zabijanie potworów i to wszystko nie dla chwały Bożej. To niepoprawne.
– Może i niepoprawne, ale przydatne – odparł szybko człowiek w płaszczu i szedł spokojnym krokiem. Rozglądał się też powoli po kolejnym pomieszczeniu. Poszukiwał dziwnych oznak działania: krwi, noży, rozrzuconych ubrań, wytartych dywanów, wymiętych ścier, wszystkiego, co wydaje się normalne w codziennym życiu grzesznych ludzi. Jednak nie tylko tego szukał. Przede wszystkim starał się odnaleźć energię. Moc, której nie powinno tutaj być. Coś, co nigdy nie ukazuje się zwykłym śmiertelnikom. – Wam na pewno to pomaga. Gdzie to się stało? – spytał mówiąc już ciszej i bardziej opanowanie, nawet z zaciekawieniem.
– Na górze – odpowiedział głos, po widocznym zastanowieniu, które trwało kilka sekund. Najwidoczniej nie chciał wyjawiać tej informacji. Jednak czemu? – Pokój osiemdziesiąt dziewięć, czwarte piętro.
– Dziękuję – oznajmił mężczyzna kiwając głową i kierując sie do drzwi z oznaczeniem klatki schodowej. Nie działał prąd, a więc windy również.
Szedł po stopniach rozmyślając nad tym, co mogło się tutaj stać. Dostał zawiadomienie, a raczej poczuł strach od niesprecyzowanej osoby, o dziwnym czynie, który się wydarzył w tym budynku. Trzy godziny zajęło mu znalezienie tego hotelu, ale w tym czasie też zrobił wiele przydatnych rzeczy, na przykład: zjadł coś ciepłego w jakimś fastfoodzie i zabrał ze sobą sztylet oraz małe pudełko, teraz skryte w wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Otworzył powoli drzwi, tak by przypadkiem nie zaskrzypiały lub zajęczały, ale nie do końca. Przecisnął się przez powstałą małą szparkę i zamknął je również z namaszczeniem. Wyciągnął z lewej kieszeni dłoń i trzymany w niej łańcuszek z krzyżykiem ze srebra.
– Zawsze się może przydać – stwierdził owijając go wokół palców tak, by znak leżał na palcach, gdy zaciśnie pięść. Tak przygotowany wyciągnął z wewnętrznej kieszeni małą latarkę i włączając ją rozejrzał się po numerach drzwi. – Osiemdziesiąte piąte – wypowiedział tą liczbę powoli i wpatrując się w kolejne numery. Poszukiwał szóstki. Nie znalazł. Wciągnął powietrze lewym bokiem zaciśniętych ust. Nie podobało mu się tutaj. – Mam nadzieję, że Tamten mi pomoże – wyszeptał, kierując się do osiemdziesiątych dziewiątych drzwi, które tak naprawdę, według będących w pomieszczeniu i ustawionych od najwyższego do najniższego numeru, powinny być osiemdziesiąte ósme.
Otworzył je szybko, naciskając klamkę i bez rozglądania wpadł do środka, i zamknął je prędko, ale zręcznie, bez trzaskania. Teraz rozejrzał się po pokoju, wchodząc na jego środek. Zwykłe łóżko i jakiś stolik oraz para krzeseł z drewna. Nic nadzwyczajnego. To właśnie było ciekawe. W tak zdobionym hotelu znajdował się tak ubogi pokój, lecz mężczyzna o tym nie wiedział, bo przecież światło księżyca nie ukazało mu tego na dole. Teraz, wpatrzony we wszystko, co się dało, wyszukiwał oznak śmierci. Tak jak przewidywało, okno wręcz oślepiało. Tylko, czemu idąc tutaj tego nie zauważył? Na zewnątrz nic nie świeciło...
– Idą – powiedział nagle stojący przed drzwiami osobnik. Wyglądał jak jakiś żebrak lub bezdomny. Ubrany w umorusany błotem płaszcz z dziurawymi butami i wytartą koszulą, najpewniej kiedyś niebieską z białymi paskami. Mężczyzna schował się za krzesłem, niedaleko okna, i patrzył na tamtą osobę. To był głos Michała, tego, z którym rozmawiał przy wejściu do hotelu. Dokładnie ten sam.
Nagle stojący osobnik rozczapierzył palce prawej dłoni i wyprostowaną skierował na bok i do dołu, pod kątem około trzydziestu stopni od ciała. Niespodziewanie na śródręczu zajaśniało lekkie, niebieskie światło, a potem ukazała się srebrna rękojeść z napisami, których nie znał nikt żyjący na Ziemi i nie mógł ich odczytać. Dalej z końca skierowanego ku dołowi ukazał się płomień, który pędził ku podłodze i rozszerzał się tak doskonale, że zamienił się w półmetrową klingę o szerokości sześciu centymetrów. Potem postać złapała srebrną rękojeść, która stworzyła jelec w kształcie ryczących lwów, po obu stronach. Podniosła miecz wyżej i wpatrzyła się w płonącą klingę, stworzoną z czystego ognia. Obydwoma rękoma trzymała uchwyt na wysokości klatki piersiowej. Zaraz ubranie postaci zaczęło się palić i przemieniać w srebrzystą zbroję, a wynędzniała skóra oraz brudne włosy przeistoczyły się w srebrzystobiałe warkocze i lśniącą cerę. Napierśnik, nagolenniki, karwasze, naramienniki wyglądały wspaniale i gładko, bez jakiejkolwiek skazy, na tak doskonałej istocie, jaką był... Archanioł Michał – Wódź Niebiańskich Zastępów Świętego Boga.
– Nie wychodź – oznajmiła nadistota i po prostu przepaliła się przez drzwi zostawiając trwały ślad, który był całkowicie gładki, doskonale okrągły tam, gdzie powinien. Klinga przecięła ścianę jak masło, tak samo ciało przeszło drzwi bez jakichkolwiek załamań drewna lub drzazg. Doskonale – to słowo kołatało się w głowie mężczyzny, który jednak szybko przeszedł przez pomieszczenie i chciał wyjrzeć przez dziurę. Gdy złapał za jej bok odskoczył szybko czując, że ręka zaczęła się samoistnie palić. Zgasił płomienie wkładając dłoń pomiędzy płaszcz i odcinając dostęp powietrza. Nauczony doświadczeniem wyjrzał nie dotykając rozgrzanych śladów bytności istoty niebiańskiej.
Ta stanęła w korytarzu z opuszczonym mieczem i twarzą skierowaną w stronę drzwi windy, która najwidoczniej jechała w górę, gdyż słychać było jej lekki szum oraz widoczny nad wejściem wskaźnik piętra, na których przebywała w danej chwili. Gdy na cyfrowym panelu, który powinien nie działać, ukazała się czwórka drzwi otworzyły się i wypuściły najpierw olbrzymie ciepło, a potem dziwne zimno, które tylko przypominało ognie, którymi świeciła się klinga Michała, ale nimi nie było.
Z windy wypadła czarna postać. Czarna maź, która jedynie przypominała humanoidalną istotę, lecz nią na pewno nie była, chciała najwidoczniej wybiec z kabiny i pobiec dalej, ale wpadła na Archanioła, który ciął mieczem od dołu do góry i przeciął skośnie istotę, która wybuchła na wszystkie strony rozżarzonymi odłamkami. Jeden z nich o mało nie trafił w oko mężczyzny, którego ochroniła magiczna tarcza pojawiając się niespodziewanie przed twarzą. Ten uśmiechnął się wspominając krzyżyk – mówił, że się przyda.
Zaraz do kabiny wpadł Michał kręcąc się niczym wiatrak i wyśmienity szermierz zarazem, który ma tysiące lat doświadczenia w walce z demonami oraz potworami. Zbroja nawet nie musiała chronić właściciela, który był aż tak szybki, że miecz przecinał wrogów i niszczył każdego demona, a potem wyrzucał w odmęty Piekła prędzej niż którykolwiek z nich zdążył o tym pomyśleć. Mężczyzna nie mógł zobaczyć tego, co działo się w windzie, ale słyszał krzyki i jęki oraz jasne błyski wylatujące nieprzerwanie z otwartych drzwi. Chociaż nie tylko one wypadały, czasami i wyleciała jakaś ucięta kończyna, która spalała się lecąc w powietrzu. Zostawiała nieprzyjemny swąd palonego mięsa i kości oraz siarki, duszny i ciężki zapach.
Za parę sekund z kabiny wyszedł Archanioł, bez skazy i zmazy, zmęczenia, skrzywienia, bez żadnych uczuć – pełne opanowanie. Jego ostrze nieprzerwanie świeciło w korytarzu odrzucając mrok w dal. Popatrzył na mężczyznę, który wyglądał śmiesznie z wyciągniętą głową pomiędzy dziurą. Skierował się w jego stronę i znowu rozczapierzył palce prawej ręki, a rękojeść oraz ostrze w krótkim błysku światła i płomienia zniknęło z rzeczywistości. Jednak zbroja i wygląd pozostała niebiańska. Archanioł podszedł do człowieka i popatrzył na niego z politowaniem.
– Mówiłem, byś się nie wychylał – powiedział spokojnie i miło, a potem dodał twardo: – Nie wolno wystawiać Swojego Pana na próbę. Nigdy! – zagrzmiał tak potężnie, że ściany zaczęły się trząść, a budynek ruszać na boki. – Rozumiemy się?
– Jasne – wykrztusił mężczyzna i wrócił do pokoju. Stając prosto i wkładając ręce do kieszeni, rozglądał się, gdy Archanioł wszedł powoli patrząc na leżący na ziemi jeszcze ciepły odłamek, który zatrzymała tajemnicza tarcza. – Któż jak Bóg... – oznajmił już opanowanym głosem.

cdn.

2 komentarze:

  1. Ciekawe, choć nie tak ciekawe jak dziewczyna, która umarła już w pierwszym rozdziale (poprzedni twój wpis). Mroczny klimat i tajemnica - nie miej mi za złe, że chciałabym byś dokończył poprzednie opowiadanie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko, że ono nie ma zakończenia, jak P. Sapkowski: "Odpowiem: tak, można by, to tylko kwestia pisarskiego warsztatu. Pytanie brzmi: po co, skoro rzecz zamknięta?".
    To chyba wszystko wyjaśnia :D

    OdpowiedzUsuń