Od autora: Mam nadzieję, że się spodoba. Jeśli tak, to może napiszę ciąg dalszy tej historii.
Policjant widział tego mężczyznę
pierwszy raz w życiu. Ubrany w ciemny płaszcz do kolan, z pięcioma zapiętymi
guzikami po środku, szedł żwawym krokiem po chodniku. W czasie poruszania
materiał odbijał się od nóg i ukazywał skryty pod wierzchnim odzieniem sztylet.
Zamszowe spodnie, również mrocznego koloru, nie opinały za bardzo nóg, ale też
nie fruwały na boki, gdyż włożone miał je w skórzane buty o długiej cholewie –
to były czarne kozaki z dwoma stalowymi klamerkami pomiędzy nogami. Dłonie
trzymał w kieszeniach płaszcza. Szyję skrywał długi, prosty kołnierz do żuchwy.
Twarz wyglądała na normalną, niczym niecodzienną. Widoczną różnicą były długie,
ciemne włosy do ramion i błękitne oczy.
Policjant miał naprawdę wyczulony
zmysł postrzegania, dzięki dwudziestu latom służby. Zauważył przez to szybki
chód i zawziętość mężczyzny w płaszczu. Wiedział, z kim ma do czynienia. Osoba
o ważnym zadaniu, która chce zrobić coś dokładnie. Jednak nie mógł na to
pozwolić, dostał rozkaz od przełożonego.
– Proszę się zatrzymać i odejść –
rozkazał stając przed wejściem do budynku i drzwi zaplombowanych żółtą taśmą z
napisem: Wstęp wzbroniony. Kształt "X" natychmiastowo uzmysławiał
wszystkim, że nie wolno tu wchodzić, lecz ten facet chyba tego nie zrozumiał,
bo szedł dalej, nawet nie zwracając uwagi na mundurowego. Patrzył w dal, na
okno nad wejściem. – Proszę się zatrzymać – ponowił nakaz policjant i wtedy
niefortunnie położył dłoń mężczyźnie na ramieniu. Ten nawet nie zatrzymując
się, złapał za rękę policjanta i wykręcił ją, a potem podbił kolanem.
Funkcjonariusz padł na ziemię i jęczał czując, że jakiekolwiek poruszenie
spowoduje olbrzymi ból.
– To tylko wybicie – stwierdził osobnik
w płaszczu przechodząc przez drzwi, bez otwierania ich. Nawet nie zdarł taśmy,
po prostu ją przeniknął, lecz policjantowi niedane było o tym rozmyślać dłużej,
zemdlał.
– Wiesz, że i tak zawsze cię widzę? –
zapytał głos, który mógł należeć do osoby jedynie w wieku bliższym dwudziestce
piątce: silny i odważny, bez cienia zawahania –kogoś z misją.
– Zapewne – odpowiedział ktoś z góry,
jakby z sufitu i podłoża jednocześnie. Określenie skąd dochodził dźwięk było
prawie niemożliwe, ale kto mówił, że niewykonalne.
– Znowu bawisz się w kotka i myszkę,
Michale?
– Nie, po prostu czasami zapominam,
że rozmawiam z tobą. – Tu nastała pauza, którą wykorzystał mężczyzna na
rozejrzenie się po pomieszczeniu. Znajdował się w dużym holu prowadzącym do
dwóch korytarzy. Jeden najpewniej kierował do restauracji, a drugi do schodów i
windy oraz recepcji. Był przecież w hotelu.
Oświetlały wszystko jasne lampy
zawieszone u sufitu, które teraz nie dawały żadnego światła. Wszystko topiło
się w czerni. Mężczyzna nie mógł dostrzec nic oprócz szarych konturów
tworzących się dzięki wpadającemu przez okna światłu księżyca w pełni. Nie
zobaczył ani złoconych kandelabrów, ani wspaniałych zdobionych wzorami w
kształcie bluszczu kolumn, ani portali prowadzących do korytarzy. Jedynie meble
ustawione na, teraz bezkolorowych, dywanach widoczne były dzięki światłu w taki
sposób, by się nie potykać, ale nic więcej.
– Nie wszystkim podoba się to, co
robisz na Ziemi – oznajmił po chwili ciszy ktoś nazwany Michałem. Ponownie
głosu nie dało się umiejscowić. Mężczyzna skierował się w stronę recepcji, na
wprost. – Egzorcyzmowanie, zabijanie potworów i to wszystko nie dla chwały
Bożej. To niepoprawne.
– Może i niepoprawne, ale przydatne –
odparł szybko człowiek w płaszczu i szedł spokojnym krokiem. Rozglądał się też
powoli po kolejnym pomieszczeniu. Poszukiwał dziwnych oznak działania: krwi,
noży, rozrzuconych ubrań, wytartych dywanów, wymiętych ścier, wszystkiego, co
wydaje się normalne w codziennym życiu grzesznych ludzi. Jednak nie tylko tego
szukał. Przede wszystkim starał się odnaleźć energię. Moc, której nie powinno
tutaj być. Coś, co nigdy nie ukazuje się zwykłym śmiertelnikom. – Wam na pewno
to pomaga. Gdzie to się stało? – spytał mówiąc już ciszej i bardziej
opanowanie, nawet z zaciekawieniem.
– Na górze – odpowiedział głos, po
widocznym zastanowieniu, które trwało kilka sekund. Najwidoczniej nie chciał
wyjawiać tej informacji. Jednak czemu? – Pokój osiemdziesiąt dziewięć, czwarte
piętro.
– Dziękuję – oznajmił mężczyzna
kiwając głową i kierując sie do drzwi z oznaczeniem klatki schodowej. Nie
działał prąd, a więc windy również.
Szedł po stopniach rozmyślając nad
tym, co mogło się tutaj stać. Dostał zawiadomienie, a raczej poczuł strach od
niesprecyzowanej osoby, o dziwnym czynie, który się wydarzył w tym budynku.
Trzy godziny zajęło mu znalezienie tego hotelu, ale w tym czasie też zrobił
wiele przydatnych rzeczy, na przykład: zjadł coś ciepłego w jakimś fastfoodzie
i zabrał ze sobą sztylet oraz małe pudełko, teraz skryte w wewnętrznej kieszeni
płaszcza.
Otworzył powoli drzwi,
tak by przypadkiem nie zaskrzypiały lub zajęczały, ale nie do końca. Przecisnął
się przez powstałą małą szparkę i zamknął je również z namaszczeniem. Wyciągnął
z lewej kieszeni dłoń i trzymany w niej łańcuszek z krzyżykiem ze srebra.
– Zawsze się może
przydać – stwierdził owijając go wokół palców tak, by znak leżał na palcach,
gdy zaciśnie pięść. Tak przygotowany wyciągnął z wewnętrznej kieszeni małą
latarkę i włączając ją rozejrzał się po numerach drzwi. – Osiemdziesiąte piąte
– wypowiedział tą liczbę powoli i wpatrując się w kolejne numery. Poszukiwał
szóstki. Nie znalazł. Wciągnął powietrze lewym bokiem zaciśniętych ust. Nie
podobało mu się tutaj. – Mam nadzieję, że Tamten mi pomoże – wyszeptał,
kierując się do osiemdziesiątych dziewiątych drzwi, które tak naprawdę, według
będących w pomieszczeniu i ustawionych od najwyższego do najniższego numeru, powinny
być osiemdziesiąte ósme.
Otworzył je szybko,
naciskając klamkę i bez rozglądania wpadł do środka, i zamknął je prędko, ale
zręcznie, bez trzaskania. Teraz rozejrzał się po pokoju, wchodząc na jego
środek. Zwykłe łóżko i jakiś stolik oraz para krzeseł z drewna. Nic
nadzwyczajnego. To właśnie było ciekawe. W tak zdobionym hotelu znajdował się
tak ubogi pokój, lecz mężczyzna o tym nie wiedział, bo przecież światło
księżyca nie ukazało mu tego na dole. Teraz, wpatrzony we wszystko, co się
dało, wyszukiwał oznak śmierci. Tak jak przewidywało, okno wręcz oślepiało.
Tylko, czemu idąc tutaj tego nie zauważył? Na zewnątrz nic nie świeciło...
– Idą – powiedział
nagle stojący przed drzwiami osobnik. Wyglądał jak jakiś żebrak lub bezdomny.
Ubrany w umorusany błotem płaszcz z dziurawymi butami i wytartą koszulą, najpewniej
kiedyś niebieską z białymi paskami. Mężczyzna schował się za krzesłem,
niedaleko okna, i patrzył na tamtą osobę. To był głos Michała, tego, z którym
rozmawiał przy wejściu do hotelu. Dokładnie ten sam.
Nagle stojący osobnik rozczapierzył
palce prawej dłoni i wyprostowaną skierował na bok i do dołu, pod kątem około
trzydziestu stopni od ciała. Niespodziewanie na śródręczu zajaśniało lekkie,
niebieskie światło, a potem ukazała się srebrna rękojeść z napisami, których
nie znał nikt żyjący na Ziemi i nie mógł ich odczytać. Dalej z końca
skierowanego ku dołowi ukazał się płomień, który pędził ku podłodze i
rozszerzał się tak doskonale, że zamienił się w półmetrową klingę o szerokości
sześciu centymetrów. Potem postać złapała srebrną rękojeść, która stworzyła
jelec w kształcie ryczących lwów, po obu stronach. Podniosła miecz wyżej i
wpatrzyła się w płonącą klingę, stworzoną z czystego ognia. Obydwoma rękoma trzymała
uchwyt na wysokości klatki piersiowej. Zaraz ubranie postaci zaczęło się palić
i przemieniać w srebrzystą zbroję, a wynędzniała skóra oraz brudne włosy przeistoczyły
się w srebrzystobiałe warkocze i lśniącą cerę. Napierśnik, nagolenniki,
karwasze, naramienniki wyglądały wspaniale i gładko, bez jakiejkolwiek skazy, na
tak doskonałej istocie, jaką był... Archanioł Michał – Wódź Niebiańskich
Zastępów Świętego Boga.
– Nie wychodź –
oznajmiła nadistota i po prostu przepaliła się przez drzwi zostawiając trwały
ślad, który był całkowicie gładki, doskonale okrągły tam, gdzie powinien.
Klinga przecięła ścianę jak masło, tak samo ciało przeszło drzwi bez jakichkolwiek
załamań drewna lub drzazg. Doskonale – to słowo kołatało się w głowie
mężczyzny, który jednak szybko przeszedł przez pomieszczenie i chciał wyjrzeć
przez dziurę. Gdy złapał za jej bok odskoczył szybko czując, że ręka zaczęła
się samoistnie palić. Zgasił płomienie wkładając dłoń pomiędzy płaszcz i
odcinając dostęp powietrza. Nauczony doświadczeniem wyjrzał nie dotykając rozgrzanych
śladów bytności istoty niebiańskiej.
Ta stanęła w korytarzu
z opuszczonym mieczem i twarzą skierowaną w stronę drzwi windy, która najwidoczniej
jechała w górę, gdyż słychać było jej lekki szum oraz widoczny nad wejściem wskaźnik
piętra, na których przebywała w danej chwili. Gdy na cyfrowym panelu, który powinien
nie działać, ukazała się czwórka drzwi otworzyły się i wypuściły najpierw olbrzymie
ciepło, a potem dziwne zimno, które tylko przypominało ognie, którymi świeciła
się klinga Michała, ale nimi nie było.
Z windy wypadła czarna
postać. Czarna maź, która jedynie przypominała humanoidalną istotę, lecz nią na
pewno nie była, chciała najwidoczniej wybiec z kabiny i pobiec dalej, ale
wpadła na Archanioła, który ciął mieczem od dołu do góry i przeciął skośnie
istotę, która wybuchła na wszystkie strony rozżarzonymi odłamkami. Jeden z nich
o mało nie trafił w oko mężczyzny, którego ochroniła magiczna tarcza pojawiając
się niespodziewanie przed twarzą. Ten uśmiechnął się wspominając krzyżyk –
mówił, że się przyda.
Zaraz do kabiny wpadł
Michał kręcąc się niczym wiatrak i wyśmienity szermierz zarazem, który ma
tysiące lat doświadczenia w walce z demonami oraz potworami. Zbroja nawet nie
musiała chronić właściciela, który był aż tak szybki, że miecz przecinał wrogów
i niszczył każdego demona, a potem wyrzucał w odmęty Piekła prędzej niż
którykolwiek z nich zdążył o tym pomyśleć. Mężczyzna nie mógł zobaczyć tego, co
działo się w windzie, ale słyszał krzyki i jęki oraz jasne błyski wylatujące
nieprzerwanie z otwartych drzwi. Chociaż nie tylko one wypadały, czasami i wyleciała
jakaś ucięta kończyna, która spalała się lecąc w powietrzu. Zostawiała
nieprzyjemny swąd palonego mięsa i kości oraz siarki, duszny i ciężki zapach.
Za parę sekund z
kabiny wyszedł Archanioł, bez skazy i zmazy, zmęczenia, skrzywienia, bez
żadnych uczuć – pełne opanowanie. Jego ostrze nieprzerwanie świeciło w
korytarzu odrzucając mrok w dal. Popatrzył na mężczyznę, który wyglądał
śmiesznie z wyciągniętą głową pomiędzy dziurą. Skierował się w jego stronę i
znowu rozczapierzył palce prawej ręki, a rękojeść oraz ostrze w krótkim błysku światła
i płomienia zniknęło z rzeczywistości. Jednak zbroja i wygląd pozostała
niebiańska. Archanioł podszedł do człowieka i popatrzył na niego z
politowaniem.
– Mówiłem, byś się nie
wychylał – powiedział spokojnie i miło, a potem dodał twardo: – Nie wolno wystawiać
Swojego Pana na próbę. Nigdy! – zagrzmiał tak potężnie, że ściany zaczęły się trząść,
a budynek ruszać na boki. – Rozumiemy się?
– Jasne – wykrztusił
mężczyzna i wrócił do pokoju. Stając prosto i wkładając ręce do kieszeni,
rozglądał się, gdy Archanioł wszedł powoli patrząc na leżący na ziemi jeszcze
ciepły odłamek, który zatrzymała tajemnicza tarcza. – Któż jak Bóg... –
oznajmił już opanowanym głosem.
cdn.
Ciekawe, choć nie tak ciekawe jak dziewczyna, która umarła już w pierwszym rozdziale (poprzedni twój wpis). Mroczny klimat i tajemnica - nie miej mi za złe, że chciałabym byś dokończył poprzednie opowiadanie ;)
OdpowiedzUsuńTylko, że ono nie ma zakończenia, jak P. Sapkowski: "Odpowiem: tak, można by, to tylko kwestia pisarskiego warsztatu. Pytanie brzmi: po co, skoro rzecz zamknięta?".
OdpowiedzUsuńTo chyba wszystko wyjaśnia :D