Od autora: Rozmyślałem
długo i nawet wpadłem na pomysł, że... Czemu nie? Przecież ja też mam prawo,
czyż nie? Jak mówią tacy ciekawi osobnicy: „Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest
dozwolone.”
Znowu ciemno. Wszędzie czerń. Brak wiatru i ból.
Permanentny ból oczu, które przestały widzieć. Cierpienie spowodowane utratą
części duszy. Części, która została zabrana siłą. Zrabowana przez Moc, której
nie potrafił kontrolować. Potęgę wychodzącą ponad normalność. Nawet jego, alchemika.
Ponowna zmiana miejsca, nadal czerń, lecz powiew
wiatru uderza w jego odsłoniętą twarz i oziębia dłonie, skryte za rękawiczkami,
które przesiąknięte były krwią. Wiedział, pamiętał, że miały kolor czystej
bieli z czerwonym Kręgiem Transmutacyjnym, dzięki któremu wzywał płomienie. Tak
i teraz, pstrykał palcami lewej dłoni, by wyzwolić potęgę Alchemii, jego siłę:
„najpotężniejszą odmianę Alchemii” – jak mawiał dawny mistrz.
Potem obraz znowu się zamazał i przemienił. Leżał w
szpitalnym łóżku, to pamiętał, i uczył się ponownie wiedzy o Ishvalu –
państwie, które miało się odbudować i jego zamiarem było mu w tym pomóc. Następnie
ukazała się brama. Duże, czarne, kamienne wrota rozpoczęły się otwierać i
wciągnęły go do środka. Płynął ponownie w tonach wiedzy i historii. Tam, gdzie
mieszała się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Prawda.
Obudził się zlany potem, który wręcz był niczym
małe, lodowe igły wpijające się w ciało. Podniósł się z posłania i w blasku
księżyca wpadającego przez szparę w wejściu znalazł swoje spodnie i koszule.
Zasznurował buty i wyszedł na zewnątrz.
Pierwszą rzeczą, która rzuciła mu się w oczy była chorągiew.
Z łopoczącą na wietrze flagą Amestris, białego smoka na zielonym tle. Wzmagała
wspomnienia. Natychmiast pojawiła się przed nim postać Kinga Bradleya, który
przebijał go swoimi ostrzami. Ręce nadal, czasami bolą go rankiem. Uśmiechnął się smutno, gdy stanął mu przed oczami obraz Envyego. Potwora
stworzonego dzięki Alchemii, tak zwanego homunkulusa, który pod postacią Maesa
Hughesa starał się go zabić. Jednak był przygotowany na taki atak i spopielił
wroga. Wymęczył go tak bardzo, że pozostał malutkim zwierzaczkiem, który wręcz
natychmiastowo obrzydzał i odrzucał. Miał wtedy też popaść w objęcia obłędu, pasję
zabijania i zemsty, której nigdy by nie zaspokoił. Jednak uratowała go znajoma.
Nie dane mu było o tym dłużej rozmyślać, bo teraz w pamięci ukazała się postać
dwójki braci Elric: Ed i Al. Obydwu znał osobiście i to bardzo dobrze, rozumiał
nawet ich złe działania i złość, która wtedy w nich była. Teraz wiedział o
wiele więcej.
Wsadził ręce do kieszeni spodni i wyczuł je. Tak, swoje
białe rękawiczki. Jego rękawiczki, dzięki którym władał Alchemią Płomieni.
Dlatego też nazywany był: Royem Mustangiem Płomiennym Alchemikiem.
– Roy, o czym rozmyślasz? – Usłyszał głos, który
wyciągnął go wtedy z obłędu i teraz nieprzerwanie nakierowuje. Nie daje mu
spaść, lecz nawet podnosi po potknięciu. Odwrócił głowę i spojrzał na nią.
Jednak zaskoczyła go jej „ubraniość”. Stała w spodniach i białej koszuli
zapiętej aż po szyję, miał nadzieję ją dojrzeć w innym ubiorze. A dokładniej w
jego braku lub dużym niedobycie. Blond włosy leżały w rubasznym nieładzie. Uśmiechnął
się i spojrzał do góry, na księżyc, który powoli zaczął się chylić ku
horyzontowi. Niezachwianej zmianie z nocy na dzień. Roześmiał się przypominając
sobie któreś z humorystycznych zdarzeń jego życia z generałem brygady Maesem
Hughesem. Generałem, który został nim pośmiertnie, lecz wtedy Roy był zwykłym
pułkownikiem. Podwładnym, który dostał kilka lat wcześniej obietnicę od Maesa:
„Zawsze będę cię wspierał będąc pod tobą”. A umarł będąc ponad nim, podniesiony
o dwa stopnie. Z podpułkownika na generała brygady.
Odwrócił się do znajomej, ukochanej Rizy Hawkeye.
Może jeszcze zrzuci z niej te niepotrzebne ubranie. Poszedł w stronę namiotu i
przytulił ją mocno. Wtuliła się w niego, bez względu na to, że był od niej
wyższy stopniem. Teraz nie obchodziło jej to ani trochę, to ona wyciągnęła go z
bajzlu w jaki wpadł i dała mu olbrzymie możliwości. To dzięki niej został
Płomiennym Alchemikiem. Uśmiechnęła się i pozwoliła skierować do wnętrza
namiotu, lecz wcześniej zasunęła mocniej płachty materiału wejścia, by nikt im
nie przeszkadzał.
cdn.
fajne, zdziwiło mnie, że piszesz w świecie fma... Mam nadzieję, że opiszesz sytuację, gdy Roy uwolni Rizy ze "zbędnego ubrania" :D
OdpowiedzUsuńChciałabyś:P
OdpowiedzUsuń18+, by musiało się ukazać, a na razie nie chcę, i nie mam zamiaru, pisać pornosów ;P
A co do fma, to się długo zbierałem, by coś wytworzyć, lecz się udało ;)