niedziela, 19 kwietnia 2015

Ciemność

Od autora: Taka luźna konwencja, bo przypomniało mi się coś. Zbierałem wenę przez dłuższy czas i wtedy pojawił się dobry film, który wywołał lawinę. Miłego czytania.

Deszcz siąpił niczym zacięty przeciwnik. Nie miał dość, nikt go nie napastował i nie przeszkadzał, padał i padał. Nie wiadomo dlaczego, tak bywa… Noc, która trwała już od dłuższego czasu wcale nie miała się ku końcowi, przybywało coraz więcej ciemności. Ciemności, która powodowała strach, wszechobecne przerażenie przed czymś czego ludzie boją się od wieków: niebezpieczeństwem.
Ciemność jednakże nie jest tylko złem, bywa i przydatna, więc musi mieć w sobie coś dobrego, więc można by ją nazwać neutralną. Chociaż ludzie boją się nocy. Wzbudza w nich niezaprzeczalny strach, nawet przed osobami z nią obeznanym; sprzedawcami, fabrykantami, pisarzami, redaktorami, wyrobnikami urzędowymi (pracującymi po godzinach). Niemniej banie się ciemności jest we krwi człowieka od wieków i to prawdopodobnie nigdy się nie zmieni. Ciemność to niepewność, bo nie widzi się tego co znajduje się przed nami, ani za nami, ani naokoło nas. Każdy krok może być tym ostatnim w naszym życiu, karierze, drodze… Ciemność to strach przed konsekwencjami naszych czynów i pewność bezpieczeństwa przed niepowołanym wzrokiem. Złodzieje i mordercy w większości działają nocą, chociaż wtedy najlepiej roznosi się dźwięk przez brak przeszkód – komunikacji miejskiej, ludzkich rozmów, sygnałów komórek, działających wind, ciężarówek… olbrzymiego nagromadzenia fal mechanicznych i elektromagnetycznych.
Tymczasem dla niego noc była jak dzień. Tam czuł się bezpieczny i pewny. Tam to on był królem. Nikt inny. Żaden nie mógł się z nim równać. To on przewodził ciemności, która sprzymierzyła się z nim, bezwolnie, lecz bez niej on nie istniał całkowicie, a ona traciła swoją olbrzymią grozę i bezpieczeństwo zarazem. To on panował i władał światem podczas ciemności, która ogarniała miasto. Skąpane w nią przedmieścia wydawały się inne, straszne. Przecznice ulic przypominały drapieżne rzeki zaschniętej lawy, która w każdej chwili może się rozkruszyć pod butem i wpuścić w głąb ziemi na zawsze. Wybuchnąć niczym wulkan i zalać idącego, przenieść go w dal i na zawsze zamknąć w zaświatach.
Chociaż nie jego, on tam pływał. Pośród brudu i strachu, króluje nad miastem i to on walczy z jego mroczną ciemnością. Nienaturalnym mrokiem, wywołanym przez człowieka. Cieniem w blasku ulicznych latarń. Błysku w oczernionej alejce. Jednak nie jedynie one świecą najjaśniej w ciemności.

Pojazd mknący w nocy świecił w dal. Silne reflektory przebijały siąpiący deszcz i wspomagały wzrok kierowcy. Ten chciał uciec jak najdalej i najszybciej. Miał terminy, które go goniły. Pieniądze oraz kosztowności musiał oddać i uzyskać dla córeczki nowe życie. Była chora i potrzebowała leków, a tylko w jeden sposób mógł jej pomóc. Poddając się siłom wyższym. Tym, którzy rządzili miastem. Jednak, czy rządzili nim teraz naprawdę? Nie rozmyślał jednak nad tym problemem i po prostu przyspieszył auto. Musiał dotrzeć do magazynu za trzy minuty, inaczej go zamkną i nie otworzą. Nie mógł do tego dopuścić. Policja jak zwykle działała wolno, korupcja w niej mu pomogła i to bardzo. Brak strażnika, który nie przyszedł na swoją zmianę z powodów zdrowotnych – prawdopodobnie nigdy więcej się tam też nie pojawi.
Kiedy skręcał w boczną uliczkę, dostrzegł na dachu jednego z budynków, w czasie rozglądania się po jezdni, szybko mknący cień. Jednak nie zwrócił na to większej uwagi, pognał dalej. Był blisko, naprawdę blisko – dla niej.
Dostrzegł przesmyk pomiędzy betonowymi budynkami i wpadł w niego, rysując lakier na tyle samochodu, gdy zarzuciła nim bezwładność. Dotarł na miejsce, widział już otwartą bramę magazynu i prędko do niej wjechał. Zatrzymał się z piskiem opon i wyłączył silnik, jak na zawołanie wrota poczęły się zamykać i nikt nie wpadłby na pomysł, że tutaj jest coś innego niż zwykła ściana ze śmieciami. Słyszał, że szef bardzo lubi pewność swojej działalności – nienawidzi niezapowiedzianych gości.
– Doskonale sobie poradziliście – powiedział ktoś z oddali i zaraz magazyn rozświetlił się dzięki wielkim lampom na suficie. Białe, mocne światło pokazywało wszystko co znajdowało się w magazynie i rozbiło wszystko cienie. – Będziecie świetnym pracownikiem.
Znajdował się w wielkim pomieszczeniu, jednym z wielu w magazynie. Boczne ściany miały na końcach duże, metalowe drzwi, które można było otworzyć na oścież, by przewieźć jakiś większy ładunek. W jego boksie znajdowały się jakieś drewniane skrzynki z numerkami. Jednak najbardziej intrygującą rzeczą w pomieszczeniu był wielki, pomarańczowy podnośnik, który stał naprzeciwko auta i stojący na jego metalowym pomoście mężczyzna w czarnym płaszczu do kolan i kapeluszu. To on też zwracał się do kierowcy i właśnie zaczął schodzić po schodkach.
– Nie jestem waszym pracownikiem, potrzebuję jedynie możliwości leczenia córki – odparł mężczyzna wychodząc z pojazdu. – Powiedz szefowi, by wykonał swoją część umowy.
– Przekażę mu jak udała się akcja i on zdecyduje. Jak wiesz nienawidzi błędów, jak i gości – odpowiedział spokojnie idący w stronę bagażnika facet w płaszczu. – Wiecie, dobry pracownik może być użyteczny i czemuż, by go odrzucać? Arturze, wiesz przecież, jeśli mogę się do ciebie tak zwracać. – Nie poczekał na pozwolenie, ciągnął dalej: – że trzeba zawsze pilnować własnych interesów, a dobry interes, to pewny interes. A dobry pracownik zapewnia dobry interes. – Wyciągnął dłoń do ojca i odczekał chwilę, aż dodał ze zgrzytem: – Kluczyki.
– Tak, jasne – oznajmił mężczyzna i podał je pośrednikowi. – Wszystko wziąłem co chcieliście. Każdy grosz.
– Doskonale – stwierdził człowiek w kapeluszu, otwierając bagażnik. W nim zobaczył torby wypełnione pieniędzmi i wypadającą z nich biżuterią. Podniósł głowę i wtedy kierowca dostrzegł na jego twarzy uśmiech. – Doskonale Arturze, możecie być pewni, że wasza córeczka uzyska najlepszą opiekę w tym mieście.
– Naprawdę?
– Oczywiście, gdyż nasz szef jest bardzo porządnym człowiekiem – zapewnił facet w płaszczu i zatrzasnął tył samochodu. Odwrócił się szybko w stronę ojca i rzucił w jego stronę kluczykami. – Macie je, będziecie musieli jeszcze zrobić jeden skok… Ale to naprawdę będzie prosta robota – dodał dostrzegając na twarzy pracownika dziwny grymas niechęci. – Zobaczycie, wpadniecie i wypadniecie. Resztą zajmą się już nasi ludzie. Ty tylko będziesz kierowcą, oczywiście nie pojedziesz tym czymś – wyjaśnił wskakując na auto. – Dostaniesz lepszy, na czas akcji, a jeśli będziesz chciał działać więcej… To wiesz, nawet dostaniesz go na własność.
– Raczej dzięki, nie potrzebuję go – odparł mężczyzna. Spojrzał w oczy pośrednikowi. – Zmieniacie umowę, a to nieładne działanie. Córka miała dostać miejsce i leczenie za to – wskazał na bagażnik. – A nie za późniejsze akcje.
– Szef czasami nie informuje o wszystkim, lecz nie zapominał czego podpisałeś. Twoja zdobycz miała być ponad dwukrotną wartością leczenia… A tak teraz nie jest – dodał z rozbawionym uśmieszkiem. – Tak bywa w tej robocie.
– To kłamstwo! – wrzasnął mężczyzna i chciał uderzyć faceta w kapeluszu, lecz mu się to nie udało. Nagle zawisnął kilkadziesiąt centymetrów nad podłogą i machał nogami z zaskoczenia. – Co kurwa!
– Nie klnij, to brzydkie – wyjaśnił pośrednik z uśmieszkiem i machnął ręką, kierowca nagle został uderzony w plecy. Jednak nie pięścią, bo wrzasnął tak mocno, że cały magazyn się rozdzwonił. – Widzisz, nie wolno działać przeciwnie do woli szefa. Teraz za to pokutujesz – oznajmił i otworzył bagażnik kluczykami, które wypadły z dłoni ojca, gdy go podnieśli.
Mężczyzna został rzucony na podłogę tak brutalnie, że zwichnął sobie kostkę i potłukł cały tors. Zajęczał, a wtedy nadeszły kolejne uderzenia. Jednak nie pięścią, brutalni ochroniarze używali metalowych rur. Głuche świsty poprzetykane były jękami bólu niedoszłego pracownika.
– Zaczekajcie – rozkazał człowiek w kapeluszu, stając przed leżącym. – Panie Arturze, naprawdę miałem nadzieję, że jest pan inteligentny, ale jak widzę teraz, pomyliłem się w ocenie pańskich umiejętności…
Nie skończył wywodu, bo zgasły światła. Wszystkie. Ciemność zalała magazyn. Wszystko skąpała w swojej potężnej czerni.
– Co kurwa! – krzyknął jeden z bandytów i wszyscy wyciągnęli pistolety. – Szefie, to było w planach?
– Nie idioto – warknął mężczyzna w kapeluszu i wyciągnął latarkę z kieszeni płaszcza. – Mamy dwie możliwości; padło światło w tej części miasta lub ktoś nam grzebał w bezpiecznikach. Olaf, sprawdź to – nakazał i dodał: – Zapalcie swoje latarki debile. Z kim ja muszę pracować – wymruczał pod nosem i skierował światło na leżącego mężczyznę. – Tobą zajmiemy się, gdy wróci oświetlenie. Wtedy zrozumiesz w pełni, dlaczego jesteś głupi.

Członkowie kartelu Zielonego Skorpiona zajmowali się głównie kradzieżami i wymuszeniami oraz posiadali jedną z największych grup skorumpowanych policjantów, wszystko co chcieli to się działo. Nawet jak jakiś pracownik nie wykonał roboty porządnie, to nikt z ludzi Skorpiona nie szedł za kratki, a tamten błąd nigdy więcej nikomu problemu nie robił na dnie rzeki. Mimo to dzisiaj miało się coś wydarzyć innego niż zwykle.
– Olaf?! – krzyknął Ray, człowiek w płaszczu i kapeluszu. Rozejrzał się po pomieszczeniu przy pomocy latarki i szybko zdecydował. – Wszyscy, zebrać się wokół togo chujowego auta i pilnować perymetru… przestrzeni przed sobą – wyjaśnił, wiedząc z kim musi pracować. Sam otworzył kluczykami drzwiczki i wszedł do samochodu. Siadł na fotelu kierowcy i zapalił wszystkie światła samochodu. Przestrzeń wokoło rozjaśniła się, a reflektory zaświeciły na ładownik i coś co stało na kładce, w miejscu wcześniejszego przebywania Raya. Czarną, niewyraźną postać – światło nie dosięgało jej, a jedynie lekko wytłaczało z mrocznego otoczenia. – Co się tutaj dzieje! – krzyknął i rozkazał: – Zabić mi to coś na ładowniku!
Pistolety i jeden automatyczny karabin wystrzeliły w kładkę. Jasne rozbłyski broni oświetliły okolicę, a iskry trafiających w metal pocisków rykoszetowały po całym magazynie. Po chwili jednak wszyscy zrozumieli, że strzelali do czegoś co nie mogło istnieć, chociaż to przecież widzieli. Niepewność pojawiła się w ich umysłach. Strach przed nocą, który wypierali przez tyle lat przestępczej działalności powrócił ze zdwojoną siłą. Ręce trzymające latarki zaczęły dygotać, a wzrok rozbiegał się wszędzie, a nie za lufą broni. Trwoga pojawiła się nawet w głowie pośrednika. Nigdy nie miał w planach walki z ciemnością, tylko z ludźmi.
– Wracać na stanowiska i pilnować tego zasranego auta – rozkazał głosem mocnym, lecz lekko chwiejnym. Nawet mu ta czerń się przestała podobać. Kiedyś rządził w niej, działał, okradał, zabija, a teraz nie mógł zrobić nic. – Strzelajcie do wszystko co się ruszy, nawet do tego zasrańca Artura. – Wyciągnął telefon i spojrzał ze zgrozą na ekran. Brak sygnału sieci. Wrzasnął z gniewu i rzucił urządzeniem o deskę rozdzielczą. – Kurwa! Ktoś nas zagłusza.
– Szefie, a to może to ten potwór co się pojawia i załatwia naszych ludzi w mieście? – spytał jeden z ochroniarzy. Lekko uchylone okno w drzwiach kierowcy pomagało w komunikacji.
– Potwory nie istnieją, po prostu tamci się spili i ktoś ich pobił na kwaśnie jabłko; zdarza się – wyjaśnił dobitnie mężczyzna w kapeluszu, lecz sam tej pewności nie miał. Nagle usłyszał dziwny świst i jedna z latarek popłynęła w górę, a potem zleciała na podłogę ze chrzęstem. Do tego również dopłynął wrzask jednego z jego ludzi. Krzyk rozpaczy i dziwnie oddalający się, a potem milknący. – Może… Nie, to kłamstwo. Poświećcie na sufit, musicie znaleźć to coś! – wydał rozkaz, zamyślił się nad tym co się działo. Jeden z jego ludzi poleciał w górę, a potem zniknął całkowicie. To było dziwne.
– Szefie, coś widziałem na górnej balustradzie magazynu – oznajmił jeden z ochroniarzy. – Myślę, że to ten stwór.
– Kurwa! Przestańcie pieprzyć, nie istnieją żadne rzeczy paranormalne! – krzyknął i wtedy kolejny z ludzi zniknął w ten sam sposób co poprzedni.
– Mark!
– Brak karabinu szefie.
– Zajebiście Pawle, zajebiście kurwa – określił sytuację Ray i położył pistolet na siedzeniu pilota. Złapał za sprzęgło i rozkazał: – Wbijajcie do samochodu debile. – Dwójka ocalałych usiadła na miejscach pasażerskich i otworzyła okna, oświetlała wszystko latarkami i celowała z broni. Mężczyzna w kapeluszu zapalił silnik i ruszył, skręcając przed podnośnikiem. Zaczął robić kółka i starał się wypatrzeć swoją zdobycz. – Chodź, taś, taś… Zasrańcu!
Po trzecim kole zorientował się, że ciało byłego pracownika zniknęło z miejsca swojego ewidentnego leżenia. To mu się bynajmniej nie spodobało. Zaraz w koła uderzyło coś dziwnego i wybuchowego, bo przednia opona stała się rozrzuconą gumą, a tarcza pod wpływem uderzenia wygięła się i spowodowała niekontrolowany poślizg pojazdu. Auto uderzyło w skrzynie i potem w ścianę tylko częścią karoserii; niszcząc lewy reflektor i wgniatając dużą cześć właśnie tej strony, gdy przelatywało przez zmagazynowane sprzęty. Z kufrów posypały się karabiny, drogocenne klejnoty, metalowe rury, cegły i wiele innych rzeczy, przykrywając przód pojazdu.
Ray wrzasnął i postarał się otworzyć drzwi. Nie drgnęły nawet trochę. Spojrzał na tył samochodu, dwójka jego ludzi leżała na fotelach bez sił. Uderzyli w czasie stłuczki głowami o oparcia przednich siedzeń i zapewne są co najmniej ogłuszeni. Pośrednik próbował odnaleźć pistolet i znalazł go na swoim miejscu. Zapalił lampkę samochodową na suficie. Dzięki temu zrozumiał, że uratował się szczęściem. Jeszcze trochę i nawet ta powietrza poduszka, która ochroniła jego głowę, by nie uchroniła jej przed wklęśniętą karoserią. Postarał się wytoczyć z auta i wybił pistoletem tylną szybę. Wygramolił się z samochodu z latarką przed sobą i wtedy nadszedł niespodziewany cios. Najpierw w dłoń ze urządzeniem świetlnym. Wypadło mu i potoczyło się po podłodze ukazując czarne coś. Wielkiego potwora w cieniu, który zaraz napadł znowu i pistolet odfrunął w dal, a dalszej części to Ray nawet nie pamiętał, bo ciosy następowały po sobie i były tak szybkie, że dopiero ochłonął, gdy zawisł głową w dół, a jego twarz znalazła się naprzeciwko oczu stwora. Białe ślepia patrzyły na niego. Były skoncentrowane na nim. Od dawna nie czuł takiego strachu, trwogi, która wyłączała logiczne myślenie. Przestawiała wszystko na instynkt przetrwania.
– Co tutaj robicie? – warknął stwór głosem co najmniej niezwykłym. Głębokim i nakazującym poddać się całkowicie strachowi.
– Szmuglujemy dla szefa.
– Gówno prawda – odparł potwór i nagle pośrednik pofrunął w górę. Wrzasnął z bólu nóg i potem zjechał z jeszcze większą prędkością. To coś złapało go za twarz i ścisnęło mocno, tak by nie mógł nic powiedzieć. – Ray, powiedź prawdę i wyjaw co tutaj robiłeś? – Ból minął, a czarna dłoń znikła. Znowu pojawiły się oczy.
– Wykonywaliśmy przekręt dla szefa, pojawił się jakiś głupek i go zgarnęliśmy, potrzebowaliśmy szofera – wyjaśniał szybko i chaotycznie, lecz wszystko – niczym na chcianej spowiedzi. – Więc wzięliśmy Artura jako pracownika. Potrzebował pieniędzy i miejsca w klinice dla córki, więc okłamaliśmy go… – Uderzenie w brzuch wyrzuciło całe zebrane powietrze i spowodowało, że Ray, chociaż głową w dół, spiął się i zgiął. – Kurw…
– Pytałem co robiłeś?
– Kradłem i wysyłałem do magazynu wszystko co się liczyło. Każdy drobny przetarg musiał przechodzić przeze mnie. Ja byłem szefem – wycharczał zbity i przestraszony mężczyzna w wiszącym płaszczu. – Zielony Skorpion nigdy się tutaj nie pojawił. Wszystko robiłem ja i tylko wysyłałem towar dalej.
– Praliście forsę i robiliście narkotyki?
– To nie my! – wrzasnął, a wtedy pomknął ponownie w górę i dół, a potem znowu uderzenie w twarz.
– Zewrzyj ryja Ray, bo jak zechcę to będziesz wyglądał tak samo jak tamten facet.
– Chyba…
– Myślisz, że się zatrzymam przed złamaniem ci wszystkich kości, Ray? Takiemu zwierzęciu jak ty? – Wzrok potwora się zwęził jeszcze bardziej. Mężczyzna zajęczał i zaczął się szamotać. Ponowny lot wymusił na nim spokój, gdy znowu twarz zablokowała mu silna dłoń. – Pytam się po raz ostatni Ray, co tutaj robiłeś?
– Gwałciłem, mordowałem, zabijałem i przesyłałem forsę dalej – wyjęczał związany człowiek. Nie mógł ruszyć żadnym członkiem. – Jesteś z innego gangu? Zapewne Modliszki…
– Mówiłem już – warknął stwór i ponownie walnął w brzuch mężczyznę, który się zwinął z bólu, – zewrzyj mordę śmieciu. Powiedz mi co jest w tych skrzyniach?
– Wszystko co ukradliśmy przez ostatni rok: klejnoty, złoto, biżuterię, materiały budowlane… wszystko, tylko proszę… Nie bij.
– Widzisz Ray, potrafisz mówić poprawnie – stwierdził potwór i nagle Ray poleciał w górę i zawisł kilkadziesiąt metrów nad podłogą. Mężczyzna w płaszczu dostrzegł, że ten ktoś się przemieścił, bo zauważył jakieś dziwne coś, płaszcz lub pelerynę w świetle latarki, zasłaniała tego kogoś. Teraz był pewien, że to ktoś… Kosmita? Nigdy nie wierzył w bajki, chociaż teraz… – Kiedy przyjedzie policja, to cię ściągnie, a ty ładnie im wszystko powiesz, bo jak cię spotkam ponownie… – Na te słowa coś świsnęło i nagle jego płaszcz urwał się z ramion. Poleciał, rozwijając się na podłogę. Zaraz obok Ray zawisły dwa inne ciała, jego ochroniarzy. – Będziesz miał ich do rozmowy. – Potem potwór zniknął mu z widoku. Rozpłynął się.
Ray krzyczał prawie całą noc, aż rankiem przyjechała policja i otworzyła magazyn. Powiedział im wszystko i prosił tylko, by wzięli go do aresztu, bo boi się przebywać w nocy gdzieś indziej.

– Jak się pan czuje? – spytał ktoś z oddali, jakby z chmury mgły. Jaźń Artura zaczęła się powoli kształtować i układać. Powinien zładować się w magazynie i… chciał się rzucić i uciekać, lecz ktoś przytrzymał go do… łóżka. Dopiero teraz otworzył oczy i starał się rozeznać, gdzie jest. Był w szpitalu, nocą, obłożony gipsem, a dokładniej włożonym w gips. Światła w pokoju były wyłączone. Jedyne oświetlenie błyszczało z otwartego okna. Dostrzegł, że ktoś znajduje się obok niego. Wysoka postać z białymi oczami, które przypominały mu… Nie wiedział co, lecz czuł strach. – Jak się pan czuje? – Znowu zadano pytanie.
– W miarę dobrze, chociaż ruszyć się nie mogę. – Miał zachrypiały głos. Nagle przypomniał sobie o córce i poczuł ból. Zapłakał.
– Powiedz co wiesz o Zielonym Skorpionie.
– Daria…
– Żyje i jest w szpitalu klinicznym – odparła postać o dziwnym, głębokim głosie. – Arturze, powiedz, gdzie Skorpion ma swoją siedzibę lub gdzie go spotkałeś?
– Daria ma się dobrze? – zapytał z niepewnością i strachem już nie o siebie. – Przecież oni mogą wszystko…
– Ray nikogo więcej nie skrzywdzi, siedzi w więzieniu i długo z niego nie wylezie, a teraz powiedz, gdzie się z nimi spotykałeś?
– W jednym z barów; Zielonym tancerzu.
– Dziękuję – odparła postać i odeszła w kierunku okna. Zwinnie przeszła przez nie i wtedy Artur uzmysłowił sobie, że słyszał o czymś takim. A raczej o kimś, kto ratował ludzi i pokonywał zło, przestępczość. – Arturze, nie zapomnij o tym, że masz po co żyć – dodała nagle postać, trzymająca się framugi okna i zaraz poleciała w dal. Peleryna załopotała na wietrze i się rozłożyła. Wtedy Artur zrozumiał, co zobaczył na tle księżyca i czemu się bał. Nietoperza.

CDN.

niedziela, 8 lutego 2015

Ciemne chmury

Od autora: Tak, ten kto to czyta już powinien oczekiwać czegoś mocnego i się nie zawiedzie. I czytajcie do końca.

Autokar posuwał się powoli ulicami podmiejskimi, bo przecież w środku miasta nie będzie można zrobić zabawy… A alkoholu też nie będzie, bo dzięki temu nikt nie będzie leżał pod stołem, a niektórym przydałoby się sponiewierać. Wesela, jakoś trwają dzięki lejącej się wódce, a tak… Nudno i smętnie, lecz wracając do początku.
Pojazd dojeżdżał spokojnie i dostojnie, ostatni pokaz ludzkich umiejętności i pochwała dyscypliny oraz ćwiczeń, profesjonalizacji, kształcenia. Przedstawienie osoby wychowanej i wyszkolonej, ale zaraz, czy to już tutaj?
Tak – „obrzydliwie bogaty” budynek, dworek weselny, bo teraz w ten sposób jest modno i fajnie. Miejsca do tańca mało, bo filary przeszkadzają w nim, ale przecież nikt o tym wcześniej nie poinformował, gdyż: Po co? Po co wiadomość i pomoc, albowiem wszystko można robić na ostatnią chwilę, bezmyślnie, miałko, gównianie i dupnie, bo tak jest ciekawie i „densowo”.
Dworek? Budynek bez smaku i klasy. Wielki kloc poprzetykany dziwnymi wzorami pseudobaroku i bardzo dziwny brak cherubinków… Może i lepiej, bo płakałyby na potęgę i zalały podłogę krwawymi łzami. Za to jednak byli atlanci, podtrzymujący strop, starzy i dojrzali, może przetrwają. Złocone klamki i ściany, wielkie granatowe, „marmurowe” filary podtrzymujące sufit też wypiętrzony dziwnymi zdobieniami. Po cóż? Klasyczne drewno i kamień i byłoby dobrze, lecz po co? Przecież musi się bawić Pasztetów. Świetne określenie ukazujące miałkość przestrzeni taneczno-zabawowej. Naprawdę.
No ok, rozumiem co się dzieje… Takie podmiejskie, no to tak jakby burżuazja, lecz wyszło jak zwykle, po polsku: gównianie i miałko. Jednak to jeszcze zbyt mało, aby określić imprezę, która się zdarzyła. Wydarzenie przechodzące rok w rok tak samo i dokładnie w taki sam beznadziejny sposób.
Wszyscy wchodzą grupą, bo jakże inaczej. Wcześniej przyjeżdżają, aby się nie spóźnić, a potem się stoją i oczekują na „balety”. Krótkie rozmówki i informacje o urodzie. Przygotowania przed eventem. Wydarzeniem, które ma przejść do historii, bo przecież nie dzieje się to tak samo, jak w każdej innej szkole? O, przepraszam. Dokładnie tak samo! Wszystkie wyglądają tak samo: wypowiedź dyrektorki i kwiatki (oczywiście, że te nieszczęśliwe chwasty dla każdego twórczego pedagoga oświaty), polonez – który wychodzi, jak wychodzi… najbardziej udanie, nieudanie, normalnie, średnio, bajecznie [to co wyszło pozostawić, resztę skreślić]. To jest odmienność, jedyna.
Potem tańce, ach… tak. Tańce: parowe, solowe, układy taneczne, oj, nie! Żadne układy, nikt nie wie jak tańczyć piruety i figury z walca i ciekawych tańców w muzyce disco polo, a więc wychodzi jak zwykle, miałko (pasztetowo!). Chodźmy dalej.
Jedzenie, och, jedzenie. Smaki podniebienia są różne, lecz te niespalone żarciem z fastfoodów i domowych, przepapryczonych potraw rozumieją to coś. Te łechtające podniebienie miękkie sosy, te ziemniaczki przepływające przez gardło. Te mięso rozpadające się w ustach lub twardawe, lecz mające to coś. Zupki smakowite i wręcz wyborne, a łyżka zagarniająca je, nadaje te dodatkowe walory. Lecz kłamię, kłamię, kłamię… Dlaczego to robię? Bo prawda wręcz zabija i krzywdzi odbiorców. Jednak, czy celem twórcy nie jest przedstawienie prawdy?
Dlatego też chodźmy w głąb imprezy. A to oznacza wejście do sal. Dworek, sama architektura straszna, pasztetowa i wręcz odrzucająca, ale dobrze. Niech będzie, lecz sam wystrój może być. Stoły ustawione w miarę dobrze, jednak przeszkadzały w tańcu i czasami miejsca brakło… Mimo wszystko są dobrze rozlokowane i przykryte. Na stoły są dostawiane dobre marki w butelkach, w części schłodzonych, lecz nie ciepłych – co świetnie świadczy, oraz bardzo gazowanych. Tak jak informowałem, alkohol był przyniesiony jedynie z zewnątrz, a jednak to kłamstwo, bo był szampan… Którym uchlać byłoby się ciężko, bo po pierwsze mało, a po drugie wodniście. Niedobrze się zapowiadało.
Chociaż nie zapominajmy o czekoladowej fontannie, o tak, to jest ciekawe urządzenie, lecz czemu nie było banana? To naprawdę dobry owoc do czekolady… Kuchnia – jaka jest każdy widzi. Ciasta… Stoją od kilku godzin i wyglądają ciągle tak samo… Nie, to nie chłodnia, to rozgrzane setkami ciał pomieszczenie.
Jednak, jednak, jednak nic nie zaprzepaściłoby tego wydarzenia jak nie Pasztetów! Naprawdę, czy to naprawdę zostało wychowane przez pokolenie wychowywane przez rodziców, którzy przetrwali wojnę światową drugą i często też pierwszą? Płaczcie cherubinki, płaczcie, bo Da’Vinci zapłakałby gorzkimi łzami z Michałem Aniołem. To smutne co się dzieje z tymi ludźmi. To podobno mają być osoby patrzące trzeźwo na świat, określające go, opisujące, znające dzięki nauce w szkole (oświata) oraz rozmyślające nad twórczością. Prawie nikt, może jeden procent, przyjrzał się obrazom wiszącym w salach. Na których często pojawiali się francuscy burżuje: Panna Pompadour, król Ludwik i paru innych ciekawych osób, ale kto by się zachwycał dziełami kultury, gdy podali jedzenie. Ciepła zupka, to jest to. Smaczna, nie powiem, lecz nie wyborna. Potem mięso, kura, bo przecież nic innego by Pasztetów nie zjadł. Burżujsko, ale nie za bardzo. I tu pojawia się pierwszy blamaż. To talerz i łyżka jest dla jedzącego, bo według pasztetowców jest odwrotnie. To głowa ciągnie do michy i talerza, a pożywienie się wrzuca garściami, bo ucieknie i ktoś zabierze… Obóz koncentracyjny jest straszny, lecz oni by go przetrwali bez strat moralnych, bo z zera więcej nie wyciągniesz.
Jednak nie płaczmy, bo przecież są jeszcze tańce i rozmowy. Disco polo z poziomu podłogi i to nawet nie z tekstem, który jest prosty, lecz jakikolwiek, oj nie pannie Gamgee, oj nie, to będzie coś gorszego. Nikt nie spodziewa się po tej piosence czegokolwiek: tej i tej i tej oraz tamtej (I może dobrze, lecz bez alkoholu, to tak to razi… Na dodatek zremiksowane i w ogóle bez tekstu, to staje się potworne). Nie zapominajmy o piciu bez alkoholu: właśnie.
Potem mówią, że najlepsze i jedyna w życiu. Ale to prawda. Jedyna i najprawdziwsza, reszta to zabobon i kłamstwo, lecz to powinniście wiedzieć po tylu latach nauki. Jednak zabawa była przednia i to tylko dzięki znajomym, to oni dodają temu czemuś kolorów i obrazów, bez nich nuda i pic na wodę. Pozdrawionka!

CDBN. Dla niekumatych: Ciąg dalszy będzie następował.

poniedziałek, 15 września 2014

Ekspiacja

Od autora: Wielu mówi, że ta „opowiastka” jest nudna i mało interesująca. Bym z tym polemizował... Zapraszam.

Nieprzerwanie pamiętał wydarzenia sprzed prawie już roku. Kłamstwo, które zapoczątkował chcąc uzyskać nowych znajomych. Jednak nie na długo mu się to zdało. Możliwe, że był to okres dłuższy niż miesiąc, lecz nie miał pewności. Już jej nie posiadał.
Okłamał przyjaciół, a może jedynie kolegów i koleżankę? Zdradził ich, bo nie chciał się przed nimi otworzyć. Nie chciał być źle zrozumiany. Nie pragnął odrzucenia od kolejnych ludzi. Nie pożądał już samotności. Dlatego też zmienił swoje zwyczajowe podejście i przyłączył się do gildii: „Czarny Kotów Pełni Księżyca”.
Skłamał, nie mówiąc prawdy o swoim poziomie. Skłamał, nie mówiąc o swoich umiejętnościach. Skłamał, nie mówiąc o własnych uczuciach. To przez jego kłamstwa Keito, przywódca gildii, popełnił samobójstwo, a Sachi… A Sachi umarła na jego oczach razem z resztą znajomych. Oni znali się od dawna, z prawdziwego życia i kółka informatycznego w szkole, a on się wtrącił. Wpadł w ich egzystencję i przez niego odeszli na wieki, przez kłamstwa. To była jego wina. Grzech, który będzie mu zawsze ciążył. A przynajmniej tak uważał. Nigdy o tym nikomu nie powiedział i więcej nie przyłączył się do żadnej gildii.

Dwudziestego pierwszego lutego dwa tysiące dwudziestego czwartego roku był w Lesie Wędrówki, bo przybył tutaj tylko z jednego powodu: poszukiwał zabójców. Morderców gildii „Srebrnej Flagi”, z której przeżyła tylko jedna osoba. Mężczyzna poszukujący sprawiedliwości, ale nie zemsty. Nie chciał śmierci osób zamieszanych w zabicie jego towarzyszy, lecz wysłania ich do więzienia. Skorzystania z kamienia teleportującego, który zabierze zabójców do aresztu Armii pod Czarnym Zamkiem na pierwszym poziomie Aincradu – wielkiego, stupoziomowego, latającego miasta wojowników.
Szybko dowiedział się o miejscu, gdzie zabito tamtą gildię. Dlatego też wyruszył na ten niski poziom z zamiarem odkrycia kryjówki Titan’s Hand. Gildii zabójców, ludzi gotowych zabić innych dla własnej uciechy lub zysku. Zwanych potocznie PK, Player Killer.
Miał zamiar dotrzeć do miasta i popytać w karczmach i na placach, lecz jego plany uległy zmianie podczas spotkania Silicy. Uratował ją w Lesie Wędrówki przed trzema Pijanymi Ape’ami, lecz nie zdążył uratować jej chowańca – Piny. Po rozmowie z nią zdecydował, że zmodyfikuje swój plan. Jeśli Titan’s Hand nadal grasują na tym poziomie lub nieprzerwanie interesują się rzadkimi przedmiotami, a wiedział, że tak, to na pewno postarają się go zaatakować. Miał zamiar razem z Silicą zdobyć mało spotykany item wskrzeszający chowańce. Była to bardzo pożądana nagroda za zabicie tylko dwójki graczy, którzy muszą być wymęczeni drogą prowadzącą do miejsca, gdzie znajduje się taki przedmiot.
Na dodatek, podczas powrotu razem do miasta, dowiedział się, że przywódca Titan’s Hand Rosalia właśnie zna Silicę. Spotkali się niedaleko karczmy, a więc już wiedzieli, że zmarł chowaniec dziewczyny, a to spowoduje na pewno złowrogie działania pomarańczowej gildii. Miał pewność, że bardzo tacy ludzie nie potrafi opanować swoich emocji, a to działało na jego korzyść. Na pewno zdecydują się odebrać im Kwiat Pneumy.
Silica stała się przynętą dla morderców, a on miał zamiar ją ochronić nawet własnym życiem. Nie chciał ponownie przeżywać doświadczeń związanych ze śmiercią… Jak z Sachi.

Dwudziestego czwartego byli już na czterdziestym siódmym piętrze, w Florii. Chociaż życie nie nabierało więcej sensu przez jej śmierć, to jednak nie zadręczał się tym już tak bardzo jak dawniej. Teraz idąc razem z Silicą po ścieżce prowadzącej do Wzgórza Wspomnień czuł powracającą radość z życia. Z prostej pomocy innym. Od dawna nikogo nie wspierał i tego nawet nie chciał. Ostatecznie jednak musiał jej pomóc, przez wzgląd na swoją siostrę, do której była podobna. Nawet powiedział to Sillice podczas podróży, z czego się roześmiała, lecz nie robiła mu żadnych uwag. Cieszył się z tego powodu. Nie lubił wypowiadać swoich przemyśleń i uczuć. A zdradzanie ich innym powodowało w nim dziwne odrętwienie.

Przyjmował na siebie ataki stworów, które dla niego były niczym. Mógł je pokonać jednym ciosem, nawet bez zmęczenia, ale pozwalał atakować dziewczynie. Chciał, by to ona powiększyła swój poziom. By tak jak on, mogła trwać w bezpiecznej świadomości własnej siły. By nie umarła z powodu głupiego i zarozumiałego dupka.
Nie lubił o sobie tak myśleć, lecz nadal czuł się źle z powodu własnego kłamstwa. Nieprzerwanie wyczuwał pustkę w sobie. Otchłań, której nie potrafił zapełnić, ale bliskość Silicy i możliwość zobaczenia jej uśmiechu podczas wygrywanych starć, koiła chociaż na chwilę serce i pozwalała myślom odlecieć na bardziej przyjemne rejony.
Jednak bez przerwy myślał o swoim głównym zadaniu. O własnej misji. Odkrycia członków Titan’s Hand i wysłania ich do aresztu. Po to tutaj przybył i po to też levelował dziewczynę. Gdyby coś poszło źle, miała przetrwać, nawet podczas możliwej jego śmierci.

Po kilku godzinach odnaleźli Wzgórze Wspomnień, a poskramiaczka zdobyła swój Kwiat Pneumy. Zakazał jej wskrzeszać swojego chowańca w tym miejscu, przez wzgląd na silne potwory w okolicy, lecz tak naprawdę chciał wykorzystać ją jako przynętę. Nie tylko podczas podróży, ale w czasie powrotu. Musiał być czujny. Był pewien, że ktoś zastawi na nich pułapkę.
Poczucie bezpieczeństwa, które czuła w jego otoczeniu i ta bezgraniczna ufność, wręcz go onieśmielała, lecz nie dał się nimi zawładnąć. Chłodna kalkulacja nie pozwalała jaźni odlecieć w dal i dlatego podczas powrotu do miasta odkrył miejsce pułapki. Widział, że skrywają się za drzewami. Jego sill wykrywania był ponad ich poziomem i to wielokrotnie. Nie mieli żadnych szans.
– Kirito? – spytała Silica, kiedy złapał ją za ramię i zatrzymał w miejscu. Znajdowali się na moście, który prowadził ścieżką do miasta.
– Kimkolwiek jesteście wyłaźcie zza tych drzew!
– Rosalia? – odezwała się dziewczyna widząc, kto wyszedł zza nich. On też wiedział kim ona była. To przywódczyni Titan’s Hand. Miała zielony znaczek, a to oznaczało, że jej koledzy, skryci za drzewami, mają pomarańczowe. To oni wykonywali brudną robotę. To ona odnajdywała i sprawdzała drużyny, które mogli bez problemu zrabować. Jednak dzisiaj dostaną za swoje. Pomści Sachi… Jednak dlaczego pomyślał o niej w tej chwili?
– Musiałeś nieźle rozwinąć swój poziom wykrywania, skoro udało ci się nas zauważyć, panie szermierzu – powiedziała przywódczyni gildii. Miała czerwone włosy i włócznię. Spojrzała na Silicę. – A jednak udało wam się zdobyć Kwiat Pneumy. Moje gratulacje. A teraz go oddajcie.
– O czym ty mówisz? – krzyknęła dziewczyna, lecz on wiedział już wszystko. Złapali haczyk, jak prości rzezimieszkowie.
– Nie w tym życiu, Rosalio – wtrącił się Kirito, stając przez swoją towarzyszką i naprzeciwko przeciwniczki. – Albo raczej, przywódczyni pomarańczowej gildii: Titan’s Hand. – Zobaczył w oczach napastniczki błysk zrozumienia, lecz nie był pewien czego dotyczył.
– Przecież jest zielona – wyszeptała Silica, zaskoczona jego słowami.
– To prosty trick. Zieloni znajdują cele i wabią je w miejsce, gdzie czekają pomarańczowi. Wczoraj podsłuchiwał nas jeden z twoich podwładnych – dodał bez chwili zawahania. Wiedział wszystko i miał już pewność, że się nie pomylił co do swojej misji i planów. Wszystko szło zgodnie z nimi. Nawet ich wczorajszy wybryk jeszcze bardziej uświadomił go, że ma pewność o tym, że złapali haczyk odnośnie Kwiaty Pneumy. Usłyszeli dość, by przybyć w pełnym składzie.
– Więc przez dwa tygodnie byłaś z nami w drużynie, bo…  – oznajmiła swoje myśli na głos Silica, wreszcie pojmując w pełni co się dzieje.
– Dokładnie – odparła Rosalia z uśmiechem. – Oceniałam waszą siłę, czekając aż uciułacie trochę grosza. Właściwie to ty mnie zainteresowałaś najbardziej, ale musiałaś strzelić focha i odejść. Wiadomość o rzadkim przedmiocie była niczym manna z nieba. A ty wiedziałeś o tym wszystkim i z nią poszedłeś? – zapytała się jego z nieskrywaną pogardą. – Głupi jesteś, czy może naprawdę kręcą cię dzieci?
– Żadne z powyższych. To ja cię tropiłem.
– O czym ty bredzisz?
– Dziesięć dni temu zaatakowaliście gildię Srebrnych Flag. Z pięciu osób przeżył tylko ich przywódca.
– A, mówisz o tych biedakach – wtrąciła się chamsko Rosalia, ale nie dał jej dalej mówić.
– Przeteleportował się później na linię frontu i całymi dniami błagał ludzi o pomoc w pomszczeniu przyjaciół. Tylko że nie chciał waszej śmierci. Prosił jedynie o zamknięcie was w więzieniu. Jesteś w stanie zrozumieć, co czuł?
– Nie – odpowiedziała i pstryknęła palcami prawej dłoni, a potem w nieznany rytm ruszyła swoimi biodrami. To go rozgniewało, lecz nadal utrzymywał nerwy na wodzy. Chciał ich pozabijać, tak aby już nikogo nigdy nie skrzywdzili. Tak jak on… – Trzeba być kretynem, żeby brać tę grę na serio. Przecież nie da się udowodnić, że umieramy wraz z naszymi postaciami. W każdym razie nie powinieneś się martwić o siebie? – Pstryknęła ponownie i zza drzew wyszła siódemka członków jej gildii, w tym szóstka z pomarańczowymi znaczkami. Informacje była poprawne, a więc nie miał się czego obawiać.
– Kirito, jest ich z byt wielu! Powinniśmy uciekać! – krzyknęła przestraszona Silica, lecz od odwrócił się do niej i położył dłoń na jej głowie, a następnie się odezwał:
– Będzie dobrze. Stań z tyłu i trzymaj kryształ w pogotowiu, na wypadek, gdybym kazał ci uciekać.
– Dobrze. Ale… Kirito!
– Kirito? – oznajmił jeden z członków pomarańczowej gildii i popatrzył na idącego w ich stronę wojownika w czarnym płaszczu i z ciemnym mieczem. – Nosi czarne ubrania, – rozmyślał nagłos, dodając kolejne argumenty – walczy jednoręcznym mieczem i nie używa tarczy. Nie może być. Czarny Szermierz? – Wszyscy z przeciwników, oprócz Rosali przeraziło się na dźwięk przydomka Kirito.
– To ten beater solujący na froncie? – dodał inny z nieukrywanym strachem. – Jeden z czołowych graczy!
– Jeden z czołowych? – pomyślała Silica, dziwiąc się swojemu pomysłowi. Dlaczego ktoś taki miałby się nią zajmować?
– Przecież żaden z nich nie zszedłby tutaj! – oznajmiła z pewnością siebie Rosalia. – Zajmijcie się nim i zabierzcie im wszystkie itemy!
– Giń! – krzyknęli napastnicy i zaatakowali. Korzystali ze sword skilli. Ciosy nadlatywały nieprzerwanymi, kolorowymi strumieniami z wielu stron, ale i tak nie mieli żadnych szans. Nawet najmniejszych, co zauważyła po chwili Silica.
– Muszę mu pomóc – powiedziała cicho, widząc, że towarzysz nie robi nic, oprócz stania w miejscu. Ataki uderzały w niego pozostawiając czerwone smugi na ubraniu. Już miała ruszyć, gdy zauważyła, że zielony pasek życia Kirito nieprzerwanie wraca do podstawowego poziomu. Tak, jakby… – Co się dzieje?
Przeciwnicy stali w kręgu, wokoło Czarnego Szermierza i dyszeli. Nic mu nie zrobili, a ten nawet się nie ruszył o milimetr.
– Ogłuchliście?! – wrzasnęła Rosiala, nadal nie rozumiejąc swojej złej sytuacji. Przegrała z kretesem. – Zabić go!
– Wasza siódemka zdaje jakieś czterysta obrażeń na dziesięć sekund – powiedział z pewnością siebie i dumą Kirito, widział zaskoczenie i złość na twarzach przeciwników. To dla niej jeszcze żył. Nakazała mu przetrwać do końca. – Jestem na siedemdziesiątym ósmym poziomie i mam czternaście tysięcy pięćset HP. W dodatku mój skill leczenia bojowego w te dziesięć sekund odnawia mi sześćset HP. Możecie próbować do usranej śmierci, a i tak nic mi nie zrobicie.
– To w ogółem możliwe? – odezwał się ktoś zza niego.
– Oczywiście – odpowiedział spokojnie towarzysz dziewczyny. – Zdobycie odpowiednio wysokiego poziomu czyni cię niezwyciężonym. Taką właśnie nieuczciwą przewagę dają MMO bazujące na systemie leveli. Mój klient wydał – wyciągnął z torby kryształ teleportujący – resztkę swoich oszczędności na zakup tego kryształu. Portal prowadzi prosto do więzienia, a wy grzecznie przez niego przejdziecie.
– Jestem zielona, więc jeśli mnie skrzywdzisz… – odezwała się pewnością siebie Rosalia, podnosząc ostrze włóczni. Jednak ruch Kirito był tak szybki, że nie zdążyła mrugnąć powiekami, a już stał obok niej z mieczem przy gardle. Ostrogi przy jego butach kręciły się prędko, przez błyskawiczny ruch, który wykonał. Mógł ją zabić tu i teraz, bez chwili zwłoki. Zabić kogoś z zimną krwią. Zemścić się za Sachi. Ponownie poczuł ból i pustkę w sercu.
– Przypominam jedynie, że gram solo – powiedział cicho do niej i spojrzał oczami wyrażającymi czystą nienawiść, którą czuł i starał się zatrzymać w sobie. Nie dać jej wyjść na zewnątrz, by nie zranić. – Parę dni z pomarańczowym znacznikiem nic dla mnie nie znaczy. – Zobaczył strach w jej oczach. Przerażanie, które tłumiła. Trwogę przed własną śmiercią, która zmroziła jej ciało i nakazała wypuścić broń.

– Wybacz Silica – powiedział, gdy znaleźli się już w bezpiecznej strefie, pokoju karczmy, i po wysłani gildii Titan’s Hand do więzienia. – Byłaś moją przynętą. Obawiałem się, że się przestraszysz, dlatego nic ci o tym nie powiedziałem.
– Nie bałabym się, – odparła i pokręciła głową – bo jesteś dobrą osobą. – Uśmiechnął się na te słowa. Dawno nikt mu tego nie powiedział. – Odchodzisz?
Zaskoczyła go tym pytaniem, ale odpowiedział:
– Ta, od pięciu dni nie byłem na froncie, więc muszę wracać.
– Czołowi gracze są wspaniali – oznajmiła niespodziewanie radośnie Silica. –Nigdy nie udałoby mi się zostać jedną z was. Ja…
– Poziomy to jedynie liczby – przerwał jej spokojnym głosem. Mówił prawdę, którą sam znał, która w nim trwała. – A w tym świecie siła jest jedynie iluzją, istnieją rzeczy o wiele ważniejsze. Następnym razem spotkamy się w prawdziwym świecie – powiedział wreszcie odwracając się w jej stronę. – Tam też z pewnością zostaniemy przyjaciółmi.
– Jestem tego pewna – odparła z uśmiechem i radością.
– To teraz ożyw Pinę – oznajmił wstając z łóżka, na którym siedzieli.
– Dobrze. – Szczęście, które z niej biło poprawiło jego humor. Znowu będzie musiał walczyć z potworami, w większości sam na sam. Lepiej jednak, że teraz posiadał lepsze wspomnienia niż śmierć Sachi. Gdyby się dało ją ożywić jak Pinę?
W żółtym, oślepiająco-jasnym blasku chowaniec powrócił do swojej dawnej postaci: niebieskiego smoka.

CDN.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Sword Art Online

 Nie mówię, że sam to napisałem, bo to byłby całkowity fałsz Jednakże przejrzałem całość i poprawiłem parę błędów, w większości literówek. Co do samej treści, to widać tutaj wielkość świata Aincradu. Autor się postarał i miał pomysł. Jednak widać ten skrót, o którym pisze na samym końcu.
Mam nadzieję, że się Wam spodoba, tak samo jak mi.

PS. Rzekłbym, że zrobiłem to prawie profesjonalnie. Justowianie, formatowanie tekstu, akapity... kropki. W razie odnalezienia błędu, proszę bez skrępowania pisać.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Zdrada

Strach i niepewność ogarniały ją nieprzerwanymi strumieniami. Nie potrafiła nic na to poradzić. Przytłaczająca wszystko ciemność zabierała oddech. Zakazywała robić cokolwiek oprócz jakże prostej i fascynującej czynności: myślenia o śmierci.

Znajdowała się w grze komputerowej, a dokładniej jej umysł się tam znajdował. Jaźń połączono ze specjalnym urządzeniem: NerveGear. Wykorzystywał on zaawansowaną technologię polegającą na pobieraniu wszystkich sygnałów z mózgu i wykorzystywaniu ich w grze. Kierowało się dzięki temu awatarem, tak jakby własnym ciałem. Cała skóra mogła odbierać różne bodźce, a machanie rękami i bieganie wydawało się naturalną czynnością. Jednak nie można było wtedy korzystać w żaden sposób z własnego ciała, oprócz mózgu.
Twórca tego urządzenia i całej gry, Kayaba Akihiko, przechytrzył dziesięć tysięcy wybrańców, którzy zakupili tą grę w limitowanej, przedpremierowej sprzedaży, i zablokował im możliwość wylogowania się z wirtualnego świata. Na dodatek każdy gracz został przyłączony do własnej postaci, lecz nie w zwykły sposób. Autor zeskanował ciała każdego z logujących się ludzi i wytworzył takiego awatara, jak wyglądał sam grający. Dlatego też wielu patrzyło na siebie i innych z nieukrywanym zaskoczeniem, bo nie wszyscy mówili prawdę podczas pierwszych chwil rozgrywki.
Kayaba Akihiko poinformował nad to wszystkich, że jedyną możliwością wyjścia jest pokonanie bossa z ostatniego piętra ze stu znajdujących się w świecie Aincradu. Nikomu nic nie da zdanie się na los i oczekiwanie aż ktoś zdejmie im NerveGeara. Autor pokazał im wiadomości o śmierci 213 graczy, którym zdjęto urządzenie z głowy. Ich mózgi zostały usmażone. Wiedziała, że to prawda, bo jedna z jej znajomych zmarła właśnie w ten sposób. Nagle zatrzymała się i awatar zniknął w dziesiątkach tysięcy kolorowych, malutkich kwadracików.

Wiedziała, że w ciągu miesiąca zmarło dwa tysiące graczy. Słyszała ponad to plotki, że nie każdy umarł podczas walk z potworami na pierwszym piętrze. Wielu samo się zabiło po utracie znajomych lub z własnego strachu, spowodowanego brakiem siły na pokonanie przeciwności. Duża grupa również straciła wiarę w to, że kiedykolwiek wydostanie się z tego więzienia. Słyszała też o niektórych graczach, którzy pomagali innym zniknąć na zawsze.
Po miesiącu rozeszła się informacja o odnalezieniu bossa z pierwszego piętra. Wyruszyła do Miasta Początku, by dowiedzieć się czegoś ciekawego o tym przeciwniku.
Był to Illfang the Kobold Lord, którego broniła gromadka mobów: Ruin Kobold Sentinels. Miał korzystać z topora i tarczy, a kiedy jego życie stanie się bardzo niskie, na poziomie krytycznym, to wtedy zmieni broń na talwar i jego skrypt ataku również stanie się inny. Nie ruszyła razem z tym rajdem, bo zobaczyła tam chłopaka, chodzącego w czarnym ubraniu i z mieczem na plecach, który wydał jej się dziwny, a ponad to uznała, że jeśli coś się nie uda, to jeszcze może umrzeć.
Zaskoczyła ją jednak informacja, że tym, kto pokonał w ostatnich chwilach bossa, gdy ten zadziałał inaczej niż zakładano i posiadał inną broń – katanę, no-dachi, i stał się beaterem, kimś gorszym od beta testerów i cheaterów, był właśnie ten chłopak. Wszyscy go znienawidzili, bo uznali, że nie dzieli się swoją wiedzą z innymi, a więc chce ich śmierci i jest po prostu złym człowiekiem. Ją jednak to przyciągało jak magnes. Chciała się dowiedzieć o nim jak najwięcej i właśnie, dlatego ciągle wyszukiwała nowych źródeł informacji.

Kirito, taki posiadał nick. Stał się dla bardzo wielu ludzi legendą, a w szczególności u tych walczących na froncie. Zwano go Czarnym Szermierzem, bo walczył tylko jednym mieczem, a ponad to, nie nosił żadnej tarczy, ani widocznej, grubej zbroi. Zawsze miał na sobie długi, ciemny, rozpięty płaszcz.
Jednak rok później, im dalej rajdy się zapuszczały, tym mniej informacji udawało jej się otrzymać. Sama nigdy nie była gotowa walczyć razem w dużych drużynach lub gildiach. Spotykała się z różnymi ludźmi i wykonywała pojedyncze zadania, lecz nie miała żadnych znajomych. Obawiała się ich śmierci, takiej samej jak jej przyjaciółki – w różnokolorowej chmurze. Jednak myśl o śmierci Kirito powodowała w niej jeszcze więcej nieprzyjemnych odczuć.
Dlatego wybrała się do jedynego źródła informacji, które zawsze dobrze działa i zbiera o każdym wiadomości: gildii zabójców. Ich członków zwano potocznie PK, Player Killers. Jedna z nich, najbardziej znana i najlepsza, „Laughing Coffin – Śmiejąca się trumna”, właśnie działała niedaleko i ona miała zamiar się do niej przyłączyć, by być na bieżąco informowana.
Kiedy znalazła się niedaleko punktu spotkania, wielkiego lasu na siódmym poziomie, to została złapana w pułapkę. Z drzew zeskoczyła trójka zabójców mających nad swoimi awatarami obracające się, czerwone romby. Oznaczały one morderców innych graczy tych, którzy już nie zatrzymywali się na małej liczbie zabójstw – pomarańczowe znaczki – tylko zabijali już z nieukrywaną radością.
– Ooo, złapaliśmy jakąś ptaszynkę – zaskrzeczał jeden z nich, trzymając w dłoniach dwa sztylety o lekko zagiętych klingach. – Kim jesteś?
– Chcę się spotkać z waszym szefem – powiedziała twardo i dobrze ukrywała strach o własne życie. Z nie do końca jasnego powodu, potrafiła stać się lodowata i nieustępliwa, gdy myślała o jego bezpieczeństwie.
– Chcesz się do nas przyłączyć? – spytał ktoś znajdujący się za jej plecami, nie usłyszała go wcześniej. Odwróciła się z bijącym mocno sercem, które uderzałoby, gdyby nie była w grze. Ten miał na sobie czarny, postrzępiony płaszcz zakrywający wszystko i maskę w kształcie czaszki. – Widzę, że tak. Po twoich oczach widzę tą pewność. Tą chęć zabijania. Lód dający taką możliwość, bo przecież nikt nie ma pewności, że Kayaba nie kłamał.
– Co mam zrobić? – zapytała bez chwili zawahania.
– Masz dwie możliwości. Jedną jest zadanie odnalezienia jakiegoś gracza i zabicia go, a potem przyniesienia czegoś, co nas upewni, że wykonałaś misję.
– Albo?
– Pójdziesz na jedną z naszych misji, oczywiście po krótkim treningu i z jednym pełnoprawnym członkiem jako obserwatorem.
– Rozumiem.
– Które wybierasz?

Widziała zapalające się lampy i zachodzące słońce. Nadchodziła noc i pora snu dla bardzo dużej liczby graczy mających pewność o bezpieczeństwie w gospodach. Jednak dzisiaj to zapewnienie nie da im zachować życia. Dostała zadanie odnalezienia celu, który wcześniej pokazano jej na zdjęciu. Była to dwójka graczy, kochającą się para. Nie znała ich w ogóle, lecz podobno mieli być w tym czasie niedaleko karczmy.
Zobaczyła ich, kiedy wchodzili do budynku, a potem wyśledziła. Byli w tym samym pokoju, to ułatwiało plan. Szybko wróciła do swojej drużyny. Jeden obserwator i dwójka uczniów. Towarzyszył jej jakiś wysoki facet w czarnym kombinezonie z ciemnym napierśnikiem. Dostali się do pomieszczenia oknem, idąc po dachu, i korzystając z niedawno zdobytych informacji, otworzyli interfejsy śpiącej dwójki przy pomocy ich własnych rąk. Tamci nie mieli na sobie żadnych pancerzy, a to ułatwiało sprawę.
Zabójcy wyzwali swoje cele na pojedynek: na śmierć i życie. Była to nie praktykowana często forma gry, a w szczególności teraz, gdy ktoś mógł umrzeć w rzeczywistości. Wyciągnęli swoje zatrute sztylety. Trucizna paraliżowała ofiary na bardzo długi czas i pozwalała je bez przeszkód zabić nie wystawiając się na kontratak nawet w bezpiecznej strefie miasta.
Wykonała swoje zadanie perfekcyjnie, jednym płynnym cięciem przecinając szyję.

Miasta w Aincradzie potrafiły się różnić w olbrzymim stopniu, gdy przechodzono kolejne piętra. Niektóre wyglądały jak wielkie średniowieczne stolice, a inne jak renesansowe, a niektóre przypominały muzułmańską Hagię Sophię. Niemała ilość znawców sztuki zwariowałaby w gąszczu takiego piękna, nawet komputerowego. Jednak gracze chcieli wydostać się do domu, więc nie patrzyli na cuda tego świata.
Ona sama też pomyślała o tym dopiero w momencie, kiedy zajmowała się nakładaniem trucizn na swoje małe sztylety. Wykorzystywała je do okiełznania ofiar.
Była na wysokim miejscu w hierarchii „Śmiejącej się trumny” z powodu właśnie zatruwających specyfików. W szkole uwielbiała chemię i wiele czytała o różnych środkach toksykologicznych. Dzięki swoje wiedzy potrafiła przejąć kontrolę na kilka sekund nad zainfekowanym człowiekiem i rozkazać mu pobiec w jakimś wskazanym przez nią kierunku lub zatrzymać się. Jednak popełnienie samobójstwa wykraczało poza jej umiejętności. Umiała też zranić tak śmiertelnie ofiarę, że ta ciągle traciła część życia i jedynie uleczenie z pełną ilością HP powodowało jej wykasowanie. To możliwe było przy wykorzystaniu bardzo mocnych mikstur i kamieni uzdrawiających i odtruwających albo korzystając przy okazji z ochronnej strefy miast. Nigdy z nikim nie podzieliła się swoimi najlepszymi recepturami.
Niespodziewanie otrzymała informację o bardzo ważnym celu, który będzie wracał z polowania na 69 poziomie za kilka godzin, tam gdzie znajdował się front głównych działań. Zdecydowała się przyjąć zlecenie i nie była zaskoczona, gdy dostała wiadomość z namiarami: „Asuna – wicedowódca gildii Rycerzy Krwi. Ulubiona broń: bardzo lekki i szybki rapier. Zaleca się unieszkodliwić na odległość i dla pewności dobić.”
Zebrała swój sprzęt i wyruszyła w podróż. Była najlepsza.

Kiedy słońce zaszło, już znajdowała się na wcześniej wybranym drzewie, przy ścieżce prowadzącej do samego wejścia do lochu. Spokojnie liczyła sekundy i sprawdzała trzymane w dłoni trzy małe sztylety, wszystkie z różnymi, zabójczymi truciznami; paraliżem, utratą życia, przejęciem kontroli. Trafienie chociażby jednym spowoduje jej zwycięstwo. Oczekiwała swojego celu z lodowatym opanowaniem doskonałego mordercy.
Usłyszała głos dwóch osób, nie tylko dziewczyny, ale też jakiegoś chłopaka. Tego nie miała w planach, lecz była przygotowana na taką ewentualność. Uznała, że najpierw unieruchomi ją, a potem tamtego zabije przy okazji, by nie znaleziono świadków. Najpewniej był członkiem tamtej żałosnej gildii. Czekała na moment, kiedy ofiara stanie na wybranym wcześniej miejscu, z którego z pewnością trafi swoją nic nie wiedzącą ofiarę.
– Wiesz, Lisbeth zajmuje się kowalstwem i u niej samej ostrzę swój miecz – oznajmiła dziewczyna. Zabójczyni słyszała z daleka prowadzoną rozmowę, bo miała bardzo wysoki poziom podsłuchiwania, który nabyła podczas misji dziejących się przy drzwiach. – Nie masz się czego obawiać, to bardzo przyjazna osoba.
– Najpewniej – odparł niepewnie chłopak. Coś jej przypominał, lecz nie wiedziała dokładnie co. Zbliżali się coraz bardziej. Zaraz znajdą się w wyznaczonym miejscu. Nie miała czasu na rozmyślenie, jeśli chciała wykonać powierzone jej zadanie. – Chociaż nie mam, co do tego pewności, bo Egil nie jest złym kowalem.
– Kirito, on jest przede wszystkim paserem, przecież wiesz.
– Wiem.
Morderczyni zawahała się, ale tylko na sekundę. Zadziałała instynktownie i wybrała najpotężniejszego przeciwnika. Rzuciła trzema ostrzami z taką prędkością, że nikt nie powinien ich odbić, lecz nie zaatakowała byle kogo. Klinga wyskoczyła zza ramienia chłopaka i odbiła w bok wszystkie lecące pociski. Dopiero w tym momencie zrozumiała, co dokładnie zrobiła. Zaatakowała Czarnego Szermierza. Tak jak się spodziewała, jego kontratak nastąpił natychmiast.
– Asuna, uważaj! – krzyknął wojownik i szybko wybiegł w stronę atakującego z drzewa przeciwnika. Trzy małe igły wyleciały w jej stronę podczas jego biegu. Uniknęła ich, przeskakując na inną gałąź. Jednak wtedy zrozumiała, że popełniła błąd. Skill, który wyprowadził znad głowy Kirito, przeciął całą kępę gałęzi i również jej rękę przy okazji, gdyby nie zeskoczyła na ziemię. Jednak podczas skoku, rzuciła kolejnymi ostrzami, które zdążyła wyciągnąć z torby. Nie podołał temu wyzwaniu, za mała odległość. Sześć lecących pocisków w wielu miejscach, chciał ich uniknąć skacząc na podłoże. Prawie mu się udało i tylko jedno płytko przecięło ramię. Jednak i tak upadł na podłoże z bezwładnym ciałem i wykrzywioną z bólu twarzą. – Trucizna – zdołał tylko powiedzieć, aż trucizna odebrała mu tą możliwość.
– Kirito! – krzyknęła zaniepokojonym głosem Asuna i zabójczyni nawet nie zdążyła obrócić się na czas i postawić jakiejkolwiek gardy, po wylądowaniu. Zielone smugi skillu wicedowódczyni uderzyły w przeciwniczkę z takim impetem, że odleciała na dobre dwadzieścia metrów, a jej pasek życia od razu wskoczył na czerwony poziom. – Kirito! – Członkini Rycerzy Krwi nie prowadziła dalszej konfrontacji i podbiegła do leżącego towarzysza.
Zabójczyni trafiła go zwykłą paraliżującą trucizną, kryształ odtruwający i nic złego mu się nie stanie. Jednak sama morderczyni już zniknęła tej dwójce z widoku. Pokonania i upokorzona.

Od dawna nie wspominała własnej, zmarłej już od dwóch lat znajomej. Przyjaciółki znikającej w tysiącach, błyszczących kwadracików. Kiedy pierwszy raz usłyszała o możliwości śmierci gracza, obiecała sobie, że nigdy na nią nie pozwoli, by nikt nie musiał cierpieć tak jak ona. Ale nie zawahała się zaatakować jego, nawet wtedy, kiedy poznała przeciwnika. Mogła się wycofać i znaleźć inną okazję do zlikwidowania celu.
Niemniej jednak nie zatrzymała się i teraz jęczała, leżąc na swoim łóżku. Wiedziała, co musi zrobić. Co mówi jej własne serce i umysł. On nigdy w niej niczego innego nie zobaczy, oprócz twarzy mordercy. Kogoś gotowego zabijać z zimną krwią. Seryjnego zabójcy z wielkim doświadczeniem.
Przegrała go z nią, tego była pewna po jej biegu w jego stronę. Wyczuła w niej strach, który sama przez bardzo długi czas czuła, aż zabijanie stało się rutyną. Kirito odszedł na dalszy plan i pojawił się jeden cel: bycie najlepszym zabójcą.
Teraz, zła na samą siebie, cierpiąca nie możliwy do nazywania ból i nienawidząca własnego ja, podniosła się z łóżka i podeszła do stołu z wieloma flakonami. Wybrała najbardziej jej znane, własne mikstury, i usiadła na wyściełanym futrem, miękkim fotelu. Wyzwała samą siebie na pojedynek.
Wypiła najpierw truciznę nakazującą, a po kilku sekundach, gdy oszołomienie minęło, połknęła specyfik zatruwający HP, a potem najlepszy paraliż. Widziała uciekające z niej życie. Wiedziała, że umrze i to w krótkim czasie, lecz nie chciała zatrzymać tego powolnego stanu. Wreszcie poczuła, że robi to, co naprawdę chce. Stała się wolna i nie czuje żadnego strachu. Zdradziła własne zasady.

CDNN.